poniedziałek, 17 października 2011

Stare Bardzo Dobre Małżeństwo

Właśnie wróciłem z koncertu SDM-u, drugiego w moim „nietakjużkrótkim” życiu. Zespół znów mnie nie zawiódł, a atmosfera na sali była niesamowita. Przynajmniej ta w warstwie emocjonalnej, bo było najzwyczajniej gorąco.

Do klubu Studio nieco się spóźniłem, ale początek przebiegał zgodnie z moimi oczekiwaniami. Grali przede wszystkim (a może tylko?) kawałki z nowej płyty „Maszeruj z chamem”, której jeszcze za dobrze nie znam. Pierwsza część koncertu nie wzbudzała ogromnego entuzjazmu, większość publiczności czekała na stare, znane piosenki. Ci bardziej ambitni, czy lepiej przygotowani, bawili się znacznie lepiej. Sytuacja identyczna z koncertem sprzed kilku lat, kiedy pierwsze dziewięć czy dziesięć utworów wprowadziło słuchaczy w pewne zmieszanie. Ja wówczas nie wiedziałem nawet, że pojawił się jakiś świeży krążek. Dziś byłem już raczej w grupie lepiej zaznajomionych z tematem, co nie zmienia faktu, że też najbardziej lubię SDM klasyczny. Recenzja nowej płyty, to zupełnie inny temat, niestety przerastający chyba moją wiedzę i umiejętności.

Gdy zespół uporał się z najnowszymi utworami, przyszła pora na rozruszanie publiczności. Rozbrzmiał „Nie brookliński most”, za chwilę „Cudne manowce”, a wszystkiemu wtórował łagodny chór kilkuset gardeł. Oczywiście był też „Blues o czwartej nad ranem”, ale najbardziej przypadły mi do gustu wykonania „Bluesa dla Małej” i „U Studni”.

Jeszcze zanim zespół przeszedł do wspomnianej części koncertu, pojawiły się dwa utwory solowe. Jeden z nich to „Zwierzenia emerytowanego dorożkarza” autorstwa Ryszarda Żarowskiego, a drugi to kompozycja gitarzysty (i grzechotnika ;)) Dariusza Czarnego o niezapamiętanym przeze mnie tytule. Z tymi popisami wiązało się też trochę żartów. Opowiadając o „Zwierzeniach…” i solowej płycie, na której się znalazły, Krzysztof Myszkowski stwierdził, że lepszy późny debiut niż przedwczesny… I urwał. Nie zabrakło w międzyczasie żartów dotyczących wieku partnera z zespołu, ale to chyba stały punkt programu. Dariusz z kolei opowiadał o swoim lęku przed publicznymi występami, który udało mu się przemóc strachem przed żoną, dopytującą się za każdym razem, czy zadedykował jej piosenkę, którą niegdyś dla niej napisał. Nawiązał jeszcze do tego we wspomnianym wcześniej utworze „U studni”, przejmując wersy dotyczące pięknych żon, pozwalających pić wódkę.

Wszystkich zagranych utworów nawet nie próbowałem zapamiętywać, bo było ich bardzo dużo. Z tych, które na świeżo pamiętam, były „Z nim będziesz szczęśliwsza”, „Gloria”, „Odwet pozorów”, „Bieszczadzkie Anioły” i „Opadły mgły”, z czego większość w strasznie przeciągniętych bisach. Zespół wracał na scenę chyba pięć razy, a skończył, jak zapowiedział wokalista, znaną romantyczno-żartobliwą „Majką”. Całe bisowanie zajęło grubo ponad pół godziny, a zespół chyba specjalnie delektował się gromkimi owacjami wywołującymi muzyków na scenę. Oczywiście wszystkim popularnym piosenkom towarzyszył cichszy lub głośniejszy chóralny śpiew.

Naszły mnie w trakcie koncertu dwie refleksje. Rzadkością jest, żeby dość mało popularny zespół każdorazowo przyciągał nadkomplet publiczności, w dodatku publiczności w większości świetnie znającej repertuar. Na bardziej znane kapele idzie znacznie więcej przypadkowych ludzi, a najwięksi fani zbierają się pod sceną. W tym przypadku w każdym kącie sali można zobaczyć prawdziwego miłośnika zespołu. Wszystko to jest sprawką braku komercyjnej otoczki, niedużej popularności w mainstreamie i niestety wysokich cen biletów.

Drugie spostrzeżenie, to stosunek publiczności do nowych utworów zespołu. Artystom musi być chyba trochę przykro i głupio, że kiedy grają swoje nowe kompozycje na sali jest cicho, a ożywienie następuje wraz ze starymi utworami. Tak dzieje się od kilku lat, chociaż sprzedaż nowych wydawnictw jest relatywnie wysoka. Wśród ostatnich płyt jest złota i platynowa. Myszkowski nawet lekko uszczypliwie skomentował nieznajomość bieżącej twórczości grupy wśród publiczności.

Z upływem lat, Stare Dobre Małżeństwo, zamiast stawać się coraz starszym, staje się raczej coraz lepszym. Nowe utwory nie trafiają już tak w gusta słuchaczy, ale wykonanie starszych pozostaje bez zarzutu. Koncerty urozmaicone są żartami czy opowieściami, zabawą z niektórymi utworami, aby uniknąć monotonii. Największymi minusami były wysoka temperatura i za mała liczba krzeseł. Reszta na piątkę. Zostaje liczyć, że i na wiosnę SDM pojawi się w Studio.

wtorek, 4 października 2011

Korwin ma rację?

Dwa posty jednego dnia. Coś takiego się nie zdarza.

Przy okazji obecnych wyborów mam wrażenie, że Janusz Korwin-Mikke śmiesznie wykrzykując o spiskach, ma rację. Sytuacja z rejestracją list wyborczych Konfederacji Nowej Prawicy jest dla mnie zdumiewająca. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale KNP złożyła rzutem na taśmę, ostatniego dnia rejestracji, listy z poparciem potrzebnym do startu w wyborach. Przepisy stanowią, że komitet zarejestrowany w ponad połowie z 41 okręgów wyborczych, w pozostałych okręgach nie musi przedstawiać list poparcia. Tymczasem Pańswtowa Komisja Wyborcza odmówiła tego partii Korwina. Na jakiej podstawie? Nie zdążyli policzyć podpisów. Co to ma jednak do rzeczy? Partia w wyznaczonym terminie wywiązała się ze swoich zobowiązań, ciężko żeby obywatel odpowiadał za tempo pracy urzędów. Jeśli PKW potrzebuje czasu na podliczenie podpisów, powinno zostać to przewidziane w odpowiednich przepisach. Dla mnie działanie PKW powinno być podstawą do unieważnienia wyborów. Oczywiście w praktyce rozwiązanie takie nie miałoby większego sensu, bo KNP zapewne do Sejmu nie dostałaby się i tak, a koszty organizacji nowych wyborów są niemałe, ale zostały złamane podstawowa zasada demokracji, czyli równość wobec prawa.

„Spisek” idzie dalej. Widziałem jak dotąd dwa „kompasy” wyborcze - ankiety, na podstawie których możemy dowiedzieć się w jakim stopniu nasze poglądy pokrywają się z poglądami kandydatów. Oczywiście o Nowej Prawicy autorzy się nawet nie zająkną. Jeden z serwisów opatrzył wyniki następującym komentarzem

Komitet Wyborczy Polska Jest Najważniejsza i Komitet Wyborczy Polska Partia Pracy - Sierpień 80, pomimo zaproszenia, nie wypełniły formularza, dlatego nie figurują na liście komitetów.

Nie jestem gorącym zwolennikiem UPR-u, czy JKM, który z upływem lat staje się coraz bardziej ekstremalny i wulgarny, czym traci w moich oczach, ale pozostaje jedyną opcją, która w pewnym stopniu zgadza się z moimi poglądami. Opcją, która od wielu lat nie miała okazji pokazać się w parlamencie. Spore poparcie wśród młodych ludzi ma szansę zdobyć Ruch Palikota, ale pomimo wielu wspólnych poglądów, mam wrażenie, że nie ma tam nikogo wartego uwagi, poza samym liderem. A i lider nie wykorzystał dobrze swojej szansy na zmiany.

Mi zagłosować się niestety nie uda. Mimo licznych deklaracji i pewnych ułatwień w przypadku głosowania poza miejscem zameldowania, wciąż nie jest to wystarczająco dostępne. Urząd Miasta, gdzie mogłem dopisać się do listy wyborców pracuje od poniedziałku do piątku od 7.40 do 15. Niestety godziny na tyle nieprzystępne, że odstraszyły mnie od rejestracji. Wyprawa do Częstochowy to niepotrzebne 260km, ładnych kilka godzin, i kilkadziesiąt złotych mniej.

Wolność słowa

Daleki jestem od zakazywania poruszania jakichkolwiek tematów, wyrażania swoich poglądów, nawet jeśli jest to poparcie dla idei nazistowskich, komunistycznych, czy nawet rasizmu. Jeśli ktoś pisze, czy gada bzdury, po prostu trzeba go potraktować jak idiotę. Nie sądziłem jednak, że „pożyteczni idioci”, żeby zacytować klasyka, idą tak daleko.

Przypadkiem natrafiłem na stronę Władza Rad i w pierwszej chwili nie byłem pewien, czy traktować ją poważnie, czy ktoś robi sobie jaja w stylu Wielkiej Rzeczpospolitej. Wygląda jednak na to, że to nie jest tylko smutny żart. Dość przeczytać, że „Żelazny Feliks miał złote serce”, podczas gdy Marks, Engels, Lenin i Trocki spoglądają na nas z górnej krawędzi strony. Dowiedzieć się też możemy co nieco o „bandytach i zbrodniarzach z WiN i NSZ”. Więcej szukać mi się nie chce, bo albo trafia się na wierutne bzdury, albo pomyje, za które na żywo autor powinien dostać w mordę.

niedziela, 31 lipca 2011

„Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát

Wyprawa na Węgry udała się niemal perfekcyjnie. Zrealizowałem swój plan zwiedzania prawie w stu procentach. Jazda stopem też okazała się generalnie sukcesem. Problemy były właściwie tylko pierwszego dnia, gdy ledwie udało mi się dotrzeć do Chyżnego. Później było tylko lepiej i lepiej.

Nie wiem na ile uda mi się stworzyć blogową relację ze swojej podróży, bo przyznam szczerze, że trochę szkoda mi czasu. W podróży prowadziłem dziennik, a zapiski z 18 dni zajęły w sumie 60 stron, z grubsza licząc jakieś 10000 słów. Nie wiem na ile będzie to ciekawe dla innych, bo starałem się zapisywać wszystko, co miało jakiś wpływ na moją podróż, wszystko co robiłem, co widziałem i jak podróżowałem. Do tego publikacja postów na blogu wymaga na pewno trochę pracy redakcyjnej, bo na papierze stylem zbytnio się nie przejmowałem, przede wszystkim chciałem zachować treść, a nie formę. Z pewnością klepania nie zacznę dziś wieczorem, ale może wkrótce spotkają się ze sobą w czasie brak ciekawszych zajęć i zapał do publikacji.

Teraz ograniczę się do ogólnego komentarza. Jazda stopem na niezbyt duże odległości sprawdza się rewelacyjnie. Wszystkie swoje podróże zamknąłem w kilku godzinach, oczywiście wyłączając pierwszy, deszczowy dzień. Nawet powrót z Bratysławy trwał ok. 10 godzin, w tym godzina zmarnowana przez ulewę w Żylinie, a później jeszcze szukanie właściwego punktu dla autostopowicza, a trasa miała ponad 400km. Najgorsze były przypadki, gdy na właściwe miejsce musiałem dojść kilka kilometrów. Pół godziny w pełnym słońcu, z ciężkim plecakiem, to nie jest najprzyjemniejsza część wakacji. Jednym z błędów, które popełniłem był dobór trasy z Debrecena do Szegedu. Zamiast wybrać autostradę i nadłożyć trochę drogi, ale mieć niemal pewność co do możliwości zdobycia transportu, zdecydowałem się na zwykłą drogę krajową, prowadzącą przez wioski i miasteczka. O ile pierwszy etap poszedł dość gładko, tak później zaczęły się schody, a to z powodu bardzo słabego ruchu. I tak skuteczność w takich warunkach miałem niezłą, bo ani razu nie czekałem bardzo długo, ale gdyby nie wyjątkowo szczęśliwy zbieg okoliczności, pewnie do Szegedu dojechałbym autobusem. Alternatywą był jeszcze pociąg, gdybym dotarł do Bekescsaby.

Jeszcze większym powodzeniem okazał się couchsurfing. Gościnność, szczodrość i otwartość moich gospodarzy znacznie przekroczyły moje wyobrażenia, czy oczekiwania. Wiadomo, niektórzy starali się bardziej, niektórzy byli milsi od innych, z niektórymi po prostu łatwiej znajdowałem wspólny język, ale każdemu bez wyjątku jestem wdzięczny i każdą z osób na pewno chętnie ugoszczę w Krakowie, jeśli będzie taka możliwość i potrzeba. CS okazał się nie tylko darmowym noclegiem, ale przede wszystkim darmową kopalnią przyjaznych osób. Będę starał się choć odrobinę pielęgnować te znajomości, bo praktycznie każda ze spotkanych osób była warta uwagi i poświęcenia czasu. Polecam couchsurfing w każdym możliwym przejawie. To doskonała szansa na poznawanie nowych ludzi, podróżowanie i dzielenie się z innymi tym, czym dysponujemy najlepszym.

niedziela, 3 lipca 2011

W drogę!

Na szczęście nie zabrakło mi determinacji. Mimo braku towarzystwa, wyprawa jest już pewna i w zdecydowanej większości zaplanowana. Trasa co prawda została nieco skrócona, po części z niechęci do podejmowania ryzyka — im więcej drogi, tym łatwiej gdzieś utknąć — a po części z woli poświecenia więcej czasu na zwiedzanie. Stwierdziłem, że nie ma sensu pchać się do Rumunii, czy nad Morze Czarne, lepiej dokładniej zobaczyć Węgry.

Plan na najbliższe 2,5 tygodnia, to Koszyce, Miskolc, Eger, Debrecen, Szeged, Balaton, Budapeszt i Bratysława. I tak chyba całkiem nieźle. Fantastyczną pomocą okazał się couchsurfing. Mimo tylko kilku zaakceptowanych próśb o przenocowanie, prawie każda dotyczy innego miasta. Dzięki temu tylko w Koszycach będę musiał przenocować na kempingu, ale zapewne i to będzie miało swoje plusy. W Bratysławie też nie znalazł się nikt z couchsurfingu, ale dłoń wyciągnęli do mnie Lucas i Luna – znajomi z Erasmusa. Jutro czekają mnie jeszcze duże zakupy, i we wtorek rano wyruszam na trasę.

Oczywiście CS to nie tylko darmowe spanie. To przede wszystkim okazja do spotkania zwykłych mieszkańców, choć z pewnością należących do bardziej otwartej części społeczeństwa. Możliwość poznania lokalnej specyfiki i ciekawych miejsc, do których sam bym nie trafił. Jeśli dołożyć do tego podróże stopem, mam nadzieję na poznanie kraju od strony niedostępnej dla zwykłego turysty. Zobaczymy na ile uda mi się przeprowadzić relację z podróży. Oczywiście z poślizgiem, ale może znajdę dość czasu, żeby notatki z trasy wklepać na klawiaturze, a co więcej trochę je zredagować.

Czas kończyć, czeka mnie teraz żmudne wklepywanie w nawigację dobrych miejsc do łapania stopa. Stay tuned!

wtorek, 31 maja 2011

Modlitwa Polaka

Gdy wieczorne zgasną zorze,
zanim głowę do snu złożę,
modlitwę moją zanoszę,
Bogu Ojcu i Synowi.
Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
tylko mu dosrajcie, proszę!
Kto ja jestem?
Polak mały! Mały, zawistny i podły!
Jaki znak mój? Krwawe gały!
Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!
Zniszczcie tego skurwysyna!
Mego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!
Żeby mu okradli garaż,
żeby go zdradzała stara,
żeby mu spalili sklep,
żeby dostał cegłą w łeb,
żeby mu się córka z czarnym
i w ogóle, żeby miał marnie!
Żeby miał AIDS-a i raka,
oto modlitwa Polaka!


Niedawno zafascynowałem się „Dniem Świra”. Kiedyś co prawda oglądałem ten film, ale ani dobrze do mnie nie trafił, ani go dobrze nie zapamiętałem. Powtórka okazała się strzałem w dziesiątkę. Za każdym razem, kiedy go oglądam, podoba mi się bardziej. Coraz bardziej doceniam głębokie przesłanie tej rzekomej komedii.

W Adasiu każdy znajdzie kawałek siebie. Jednego męczą „kwoki” w pociągu, inny ma pewnie matkę, która mówi tylko o zupie pomidorowej. Ktoś mierzy kawę co do ziarenka, albo miesza siedem razy. A może nieco poważniej, jest niezadowolony z pracy, wydaje mu się, że zmarnował życie, ucieka przed miłością, kiedy ta wyciąga do niego rękę? Może chce do czegoś dojść, ale na przeszkodzie stają mu absolutne drobnostki, którymi nie należy się przejmować? Wymieniać można długo, w każdej minucie można dopatrzeć się ciekawego symbolu, albo kawałka swojego życia. Cudne!

czwartek, 28 kwietnia 2011

Świeżości

Niestety dawno tutaj nie pisałem, ale powodów jest kilka. Najważniejszym jest rozpoczęty pamiętnik, w którym zapisuję to, co pisywałem tutaj i trochę więcej. Dlaczego zmieniłem platformę? Po pierwsze tam nie muszę dbać o stylistykę czy gramatykę, nie zastanawiam się nad kolejnymi zdaniami, kompozycją itd. Piszę długopisem na papierze, więc usuwać się nic nie da. Dzięki temu skupiam się na treści, a nie na formie. Poza tym zapisuję rzeczy, których nie chcę zapomnieć, a które niekoniecznie mogą być interesujące dla kogokolwiek innego. Dobry żart, ciekawy pomysł, abstrakcyjną koncepcję albo opis meczu.

Chcąc zaktualizować swoją publiczny wizerunek, muszę wspomnieć o kilku rzeczach. Po pierwsze - sezon w Redboksie. Niestety sezon fatalny - 6 porażek, 1 zwycięstwo, do tego dziś walkower. Mamy minimalne szanse na utrzymanie. Rozłożyła nas kontuzja Czemka, ogólny spadek formy, indywidualne błędy, brak zawziętości i zapału. Nawet „ostatnia nadzieja UBS-u” jest w znacznie słabszej formie niż w poprzednich rozgrywkach. Mimo kilku niezłych wzmocnień, drużyna gra coraz gorzej i gorzej. Aż żal patrzeć. Morale nie tyle spadło, co już zapomnieliśmy jak wyglądało. Więcej żenady na stronie rozgrywek.

Drugi fakt, którym warto się podzielić, to udział w kursie szybkiego czytania. Mam za sobą 4 z 8 zajęć — na razie nie ma cudów, ale pewne efekty widać. Myślę, że będę się rozwijał jeszcze po zakończeniu kursu. Na razie największy problem stanowi zrozumienie tekstu, ale podobno ma to przyjść z czasem — jeszcze wierzę. Przy okazji kursu, nauczyłem się żonglować. Jeszcze nie idzie mi to świetnie, ale z każdym dniem jest coraz lepiej. Kiedyś już o tym myślałem, ale brakowało mi porządnej do tego motywacji. Żonglowanie ma poszerzać pole widzenia, co jest przydatne podczas szybkiego czytania. Na razie doskonalę zwykłe żonglowanie trzema piłkami, z czasem przyjdzie czas na udziwnienia, albo więcej kulek.

W obliczu mojego intensywniejszego czytelnictwa ostatnimi czasy, umiejętność szybkiego czytania powinna okazać się przydatna. Przy tej okazji mogę przynajmniej wymienić, co ostatnio padło moim łupem — „Żar - oddech Afryki” Dariusza Rosiaka, niezbyt udana „Żmija” Sapkowskiego, „Wyprawa Kon-Tiki” Thora Heyerdahla, a wcześniej „Short story of nearly everything” i „Dotknięcie pustki”, o których chyba jeszcze tu nie wspominałem. Do tego pierwsza część „Fausta”, a dziś rozpocząłem walkę z częścią drugą. Jeśli chodzi o opinie, to po prostu ich za dużo — zapraszam do rozmowy twarzą w twarz.

Niedawno udało mi się po raz pierwszy wybrać na wspinanie plenerowe. Chociaż od lat (z przerwami) wspinam się na sztucznej ścianie, to nigdy nie miałem okazji spróbować prawdziwych skał. Były to co prawda baldy — niskie, ale dość trudne trasy, ale i tak było nieźle. Poznałem jak bolą zdzierane piaskowcem dłonie, jak niesamowite drogi potrafią robić lepsi ode mnie, a do tego spędziłem sobotę na świeżym powietrzu.

Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował, to jesteśmy w trakcie cyklu czterech meczów Realu i Barcelony. Pierwszy, ligowy zakończył się remisem po karnych dla obu stron i sądzę, że nie do końca zasłużonej czerwonej dla Albiola. Drugi, finał Copa del Rey to zwycięstwo Realu po dogrywce i golu Cristiano Ronaldo z główki. Dziś, po znacznie bardziej kontrowersyjnej decyzji arbitra, wyrzucony został Pepe — najlepszy zawodnik na przestrzeni ostatnich 270 minut Gran Derbi. W dziesiątkę Real stracił dwa gole i w obliczu absencji Pepe i Ramosa w rewanżu, właściwie pożegnał się z nadziejami na finał Ligi Mistrzów. Królewscy nie wykorzystali dobrej okazji tym bardziej, że zabrakło kontuzjowanych Iniesty, Abidala, Maxwella i Adriano. Nie zabrakło natomiast występów znanej pary komików Sergio i Pedro.

Po kilku latach wybierania się, w poniedziałek wreszcie udało mi się dotrzeć na stadion Włókniarza. Dotychczas ilekroć chciałem wybrać się na mecz, to nie pasowała mi godzina, bo musiałem wracać już do Krakowa. Tym razem było inaczej i byłem świadkiem pierwszego zwycięstwa Biało–Zielonych w tym sezonie. Szkoda tylko, że pokonanym była słaba Unia Tarnów, z Ułamkiem w składzie, który wywrócił się na w pierwszym swoim wyścigu i później jeździł znacznie poniżej swoich możliwości. Tak czy siak, po raz kolejny przyniosłem naszym żużlowcom szczęście. Byłem w życiu na trzech meczach ligowych i wszystkie wygraliśmy, w tym pamiętny decydujący pojedynek z Apatorem w 2003 (?) roku. Do tego dołożyłem IMP, w których wygrał jeżdżący wtedy w Częstochowie Walasek, a trzeci był Holta. Włókniarzy przedzielił wtedy tylko Jarosław Hampel.

Po krótce tyle nowego.

sobota, 19 lutego 2011

Update

Ostatnio niestety mam mało czasu, żeby coś tu wysmarować. Niedawno wziąłem się za porządną analizę rekordu, który wykręcało Cleveland Cavaliers, zebrałem wyniki, zacząłem liczyć średnie, napisałem parę linijek, ale w międzyczasie passa skończyła się na 26 porażkach z rzędu i tekst już jest nieaktualny.

Dziś tylko dwa fajne cytaty, żeby nie zaginęły w czeluściach moich zakładek:

„I spent a lot of money on booze, birds and fast cars. The rest I just squandered.” - George Best
„We Americans live in a nation where the medical-care system is second to none in the world, unless you count maybe 25 or 30 little scuzzball countries like Scotland that we could vaporize in seconds if we felt like it.” - Dave Barry

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Niezwykłe życiorysy

W weekend skończyłem czytać książkę „Mój pionowy świat” Jerzego Kukuczki i obejrzałem film „Into the wild” opowiadający historię Chrisa McCandlessa. Oba tytuły dały mi nieco do myślenia.

Na pierwszy rzut oka losy i charaktery obu postaci wydają się podobne. Obaj postanawiają żyć w sposób nietuzinkowy, mają ku temu odwagę, nieustannie dążą do obranego celu. Niestraszne im niewygody, niepotrzebne luksusy, liczy się dla nich przede wszystkim obrana ścieżka.

Jerzy Kukuczka był drugim człowiekiem na świecie, który stanął na wszystkich czternastu ośmiotysięcznikach, w ogromnej większości były to przejścia nowymi drogami lub pierwsze wejścia zimowe. Pierwszemu Reinholdowi Messnerowi zajęło to 17 lat, a Polakowi 8. Choć aklimatyzował się wolniej niż inni, kiedy przywykł do dużej wysokości był „nie do zdarcia”, niemal wszystkie szczyty zdobył nie posługując się tlenem, a i w trakcie wejścia na Mount Everest tlen skończył się na 100 metrów przed szczytem. Kiedy Messner w 1983 r. ogłosił, że zamierza zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki, Kukuczka po cichu przyjął wyzwanie, choć jego szanse były mizerne. Włoch miał już dużą przewagę nad Polakiem, a do tego miał nieporównywalne możliwości finansowe.

Zupełnie innym aspektem, który wzbudza mój podziw jest to, że w czasach komuny, w trakcie stanu wojennego, Jerzemu Kukuczce udawało się co rusz wyprawiać w Himalaje. Z początku wraz z kolegami z klubu alpinistycznego zarabiali pieniądze malując wielkie kominy. Zajęcie było dość opłacalne, ale dość powiedzieć, że wyprawa w 1979 r. kosztowała ok. 1 mln złotych, co stanowiło 200 średnich pensji. A do tego dochodzą problemy z uzyskaniem dewiz! W wielu wyprawach ich „dostawcami” byli zagraniczni uczestnicy. Kukuczka musiał się zatem nie tylko świetnie wspinać, ale wiele energii wkładał nieraz, aby wyjazd był w ogóle możliwy. Na marginesie można zostawić różnicę w sprzęcie, którym dysponowali Polacy i himalaiści z Zachodu. Kukuczka poświęcił całe swoje życie najważniejszemu celowi, jakim były dla niego ośnieżone wierzchołki gór. Niestety, po zdobyciu Korony Himalajów, udało mu się wziąć udział jeszcze tylko w dwóch wyprawach, 24 listopada 1989 r., podczas wspinaczki południową ścianą Lhotse odpadł od ściany, a 7-milimetrowa lina nie wytrzymała obciążenia i pękła. Jeden z największych sportowców w polskiej historii spadł w dwukilometrową przepaść.

Co o Chrisie? Ten młody chłopak, skończywszy college decyduje się zerwać z dotychczasowym życiem, uciec od schematu, w który chce wtłoczyć go otoczenie. Chce robić to, co daje mu szczęście, obcować z naturą, wędrować po świecie, a jego celem staje się spędzenie kilku tygodni na Alasce. W swojej dwuletniej wędrówce po stanach spędza trochę czasu z hipisami, trochę pracuje na roli, ale jego pracodawca popada w konflikt z prawem i wpada w ręce FBI, spędza czas z weteranem, który lata temu stracił żonę i dziecko w wypadku samochodowym. W pewnym sensie wszystkich napotkanych ludzi zachęca do realizowania swoich marzeń, do sięgania po to, czego pragną, na czym im zależy. Ostatecznie po wielu perypetiach, przeplecionych niezbyt uroczą historią rodzinną, trafia na wymarzoną Alaskę, w dziczy przypadkiem trafia na porzucony autobus, w którym niegdyś ktoś mieszkał, być może podobny jemu „odludek”. Sprawy przybierają jednak niekorzystny obrót – jedzenie zaczyna się kończyć, upolowanego łosia nie udaje się właściwie oprawić i uwędzić, a kiedy decyduje się już na powrót okazuje się, że niewielka rzeczka, przez którą przebrnął kilka tygodni wcześniej, stała się rwącym potokiem i odcięła mu drogę powrotu. Coraz bardziej cierpiąc z głodu, przez przypadek zjada trującą roślinę i umiera w męczarniach.

Film wzbudził we mnie mieszane uczucia. W pierwszej chwili zazdrościmy bohaterowi odwagi i podziwiamy za upór w dążeniu do celu. Z każdą jednak minutą coraz lepiej docierało do mnie to, że wyprawa, czy obrany styl życia nie był wyzwaniem, a po prostu ucieczką. Czy nie jest łatwiej żyć nie przejmując się niczym, a co gorsza nikim. Bohater podejmuje czasem nieprzemyślane ryzyko, a wyprawa na Alaskę pokazuje, że potrafi mniej, niż mu się wydaje. Alexander Supertramp to nie człowiek z żelaza, ale lekkoduch, któremu do czasu wszystko uchodzi na sucho. Niestety, wyzwanie go przerasta. Nie przewidział tego, że wiosną rzekami płynie więcej wody, że nagle będzie musiał się żywić roślinami, a nie zwierzętami upolowanymi kupioną za „znienawidzone” pieniądze strzelbą. Gdyby zamiast Tołstoja i Londona studiował swój atlas roślin, być może ocaliłby swoje życie.

Od filmu oczekiwałem wiele i może dlatego podszedłem do niego z dużym krytycyzmem. Nie oceniam tutaj plenerów czy muzyki, a samą treść. Na pewno nieco popsuło mi odbiór to, że znałem jego zakończenie. Ponadto słyszałem liczne zachwyty, jaki ten film nie jest inspirujący, otwierający oczy, czy zachęcający do oderwania się, życiowej zmiany. Każdy, kto zachwyca się jego postawą, jego wyborem, powinien bliżej poznać osobę naszego himalaisty, postać wielkiego formatu, niezłomnego charakteru, ogromnej siły woli, wspartych niesamowitymi możliwościami fizycznymi. To jest prawdziwy wzór godny naśladowania, nie koniecznie w górach, ale przy realizacji każdej pasji.Dla mnie największą wartością w „Into the wild” są ostatnie słowa Aleksa – „Happiness only real when shared”.

niedziela, 26 grudnia 2010

Podróże z Ryszardem

Blogowa płodność zbliża się do naturalnej dla rodzaju ludzkiego — płodny jestem raz w miesiącu. Mogło być gorzej, bo nowy post mógłby się rodzić raz w roku. Czemu nie pisuję? A bo nie ma o czym. Od szarości codziennego dnia, przerywanej wieczornymi wysiłkami na różnych frontach, ucieczki są krótkie. Uciekam w lekturę.

W ostatnich tygodniach przez moje ręce i mikry ekran mojego telefonu przewinęły się dwa dzieła geniusza. Pierwszym był „Szachinszach”, a parę dni temu skończyłem „Podróże z Herodotem”. Jak niektórzy wiedzą, to nie pierwsze książki Kapuścińskiego jakie przeczytałem, ale od „Imperium” minęło prawie dziesięć miesięcy, a od „Cesarza” i „Hebanu” jeszcze więcej. Nie będę rozpisywał się o tematyce poruszanej w przeczytanych książkach.

W skrócie, „Szachinszach” to historia władzy i upadku Mohameda Rezy Pahlaviego, którego obalono w rewolucji 1979 roku, na której czele stał Ajatollach Homeini. Zaskoczyłem się w tym przypadku brakiem jednego konkretnego wybuchu, eksplozji, której oczekiwałem przez większość książki. Ciekawsze jednak jest to co działo się przed rewolucją. Opisy działań aparatu bezpieczeństwa, nieraz absurdalnych, często nieracjonalnych zachowań władcy, niebotycznych planów realizowanych z absolutną niezdarnością i ignorancją pozwalają zrozumieć, dlaczego irańskie społeczeństwo oddało władzę w ręce islamskich duchownych. Także tło historyczne sięgające początków islamu pozwala trochę lepiej zrozumieć tę odległą kulturę. Poza tym w zdumienie wpędził mnie stopień podobieństwa Szacha i cesarza Haile Selasie, ich niemal identyczne podejście do państwa, w którym panowali.

„Podróże z Herodotem” to książka obejmująca znacznie więcej tematów. To sprawozdanie z licznych podróży najsłynniejszego polskiego reportera, w których często towarzyszyły mu „Dzieje” Herodota. Dzięki tej książce poznajemy autora niemal od samego początku, od krótkich wspomnień dzieciństwa w czasie wojny, studiów, przez pierwsze reportaże dla „Sztandaru Młodych”, marzenia o wyjeździe zagranicę („Myślałem o Czechosłowacji”), pierwszą podróż zagraniczną do Indii, „wymianę” w Chinach, podróże po innych krajach Azji i Afryce. Ponadto liczne wtrącenia Herodota, pozwalają śledzić wybrane przez autora starożytne dzieje Greków czy Persów. Herodota Kapuściński widzi jako pierwszego reportera, sprawozdawcę, o którym nie wiemy dziś zbyt wiele. Podziwia go za swego rodzaju profesjonalizm, a równocześnie pionierskie podejście, czerpie z niego inspirację. Dzięki temu czytelnik odbiera Kapuścińskiego jako Herodota naszych czasów, mimo całkiem innych warunków, mają wiele wspólnych cech.

Nie chcę pisać tu rozległych streszczeń książek, myślę, że te da się znaleźć gdzieś w przepastnych głębiach Internetu, z resztą, to nie lektura szkolna, żeby wysługiwać się brykiem. Warto wymienione książki przeczytać samodzielnie od początku do końca. Pozwalają zrozumieć nieco większą cząstkę świata, zapamiętać kilka ciekawych historii, zabierają czytelnika w niskobudżetową podróż po dalekich krajach, a co więcej, po odległych czasach. Przede wszystkim jednak, szczególnie „Podróże z Herodotem” wzbudziły we mnie ogromną żądzę podróży. Podróży jakiejkolwiek, pozwalającej poznać nowe miejsca, nowe klimaty, nowych ludzi i ich nudne, ale wyjątkowe historie. Zachęciły, żeby stać się reporterem na własne potrzeby, zwracać uwagę na detale, poznawać więcej niż zwykły turysta. Podróż taka nie musi być usłana różami, dopięta na ostatni guzik, dokładnie zaplanowana, spędzona w wygodnych hotelach czy pensjonatach, wygodnych fotelach pociągów czy samolotów. Podróż i poznawanie świata za wszelką cenę, a równocześnie podróż daleka od tych z rodzaju „naćpać się i najebać”, tylko w innym niż zwykle miejscu. Mam nadzieję, że do czasu letniego urlopu zapał mi nie przejdzie, a spędzony w drodze czas będzie tak udany, jak wycieczka po Europie i równie godny pozazdroszczenia.

czwartek, 18 listopada 2010

Zakaz palenia

Od poniedziałku obowiązuje nowa ustawa znacznie ograniczająca możliwość palenia tytoniu. W Sieci dwie strony, zwolennicy i przeciwnicy wprowadzonych zakazów, zawzięcie kruszą kopie. Co ciekawe granica między nimi nie przebiega wcale między niepalącymi a miłośnikami dymu. Wśród przeciwników ustawy znalazło się wielu niepalących, dla których wolność gospodarcza, a więc i umożliwianie palenia tytoniu na terenie własnego przedsiębiorstwa, jest ważniejsza niż osobiste podejście do dymu. Oczywiście są też tacy, którzy choć sami palą, godzą się z zakazem i widzą jego plusy.

W przypadku tej ustawy wydaje mi się, że władza chciała być zbyt „europejska” i bezmyślnie skopiowano rozwiązania z innych krajów. Państwo staje w rozkroku z jednej strony walcząc z paleniem, a z drugiej czerpiąc ogromne przychody z tytułu akcyzy. O ile mało kto sprzeciwia się obowiązywaniu ustawy na przystankach, w szkołach czy zakładach pracy, to dyskusja o paleniu w knajpach rozgrzewa atmosferę do białości. Co niektórzy wspominają jeszcze o problematycznym zakazie w pociągach, którymi nieraz podróżuje się kilkanaście godzin.

Argumenty pojawiają się różne. Niektórzy dym traktują niemal jak iperyt, którym palacze niszczą ich zdrowie, inni odwołują się tylko do smrodu, którego nie tolerują. Dla jeszcze innych nie do zniesienia jest to, że muszą wyprać ubranie. Są osoby, które cieszą się, że wreszcie będą mogły wyjść z domu. Aż strach pomyśleć co będzie się działo, gdy wylegną ze swoich nor w przepoconych podkoszulkach i wyciągniętych swetrach, których teraz nie będą musieli prać. Z drugiej strony pojawia się obrona status quo, do którego wszyscy przywykli, twierdzenia, że większość w knajpach pali, a teraz ogranicza się ich swobodę. Obroty właścicieli mają spaść, ograniczane jest ich prawo własności. Przeciwnicy słusznie podnoszą, że mamy wolny rynek, miejsca z zakazem palenia funkcjonują (vide akcja „Lokal bez papierosa”), ale najwyraźniej nie potrzeba ich tak wielu, skoro stanowią mniejszość. Wytaczane jest ciekawe porównanie do muzyki - jeśli w danym miejscu mi się nie podoba, to do niego nie chodzę, a nie przymuszam właściciela do jej zmiany.

Oczywiście, jak to często z naszym prawem bywa, wylano dziecko z kąpielą. Zakazano palenia nawet w miejscach, gdzie przychodzili sami palacze, w zadymionych spelunkach, do których nikt nie trafia przez przypadek. Umożliwienie klientom palenia w knajpie jest kosztowne, do tego uciążliwe dla samych palaczy. A można było rozwiązać sprawę znacznie lepiej, godząc obie strony barykady. Pomysłów zapewne pojawiłoby się wiele. To, co mi przychodzi na myśl, to mądre złagodzenie restrykcji. Wystarczyło wprowadzić przymus rozdziału miejsc w lokalach o większej powierzchni. Nie wiem, czy powinno być to 50 czy 100 m2, ale dało by się znaleźć tutaj odpowiednią wielkość. W takich lokalach powinno dać się spędzić czas i podejść do baru bez kontaktu z dymem. Po co ograniczać sprzedaż w przestrzeni dla palących, skoro w lokalu jest kilka barów? Któryś mógłby być zlokalizowany w części dla palących. Ewentualny parkiet i oczywiście toalety, musiałyby znajdować się w części dla niepalących. Czy ktoś by na tym ucierpiał? W przypadku mniejszych lokali, gdzie nie ma możliwości podziału, właściciel sam decydowałby o pozwoleniu na palenie. Choć niechętnie myślę o kolejnym polu koncesjonowania, to pozwolenie na prowadzenie lokalu bez papierosów mogłoby być po prostu tańsze. Wolny rynek wciąż by działał, a właściciele mieliby dodatkową zachętę do dbania o czyste powietrze. W przypadku pociągów, przewoźnik powinien mieć prawo stworzenia całego wagonu dla palących. Wystarczyło zastrzec jakiś stosunek czystych do zadymionych i problem byłby z głowy. Na długich trasach, gdzie wagonów jest więcej, dałoby się palić, a na krótszych nie ma takiej potrzeby. To pierwszy pomysł z brzegu, a na pewno dało by się wymyślić jeszcze lepsze rozwiązania. Niestety zabrakło chęci, a nieustanne patrzenie na słupki poparcia nie pozwoliło spojrzeć szerzej na problem.

środa, 20 października 2010

Zaproszenie z wytłumaczeniem

Ostatnio, nie wiedzieć czemu, nie ciągnie mnie, żeby pisywać na tym blogu. Może dlatego, że nie dzieje się nic bardzo ciekawego, a może moja wena wypaliła się w ciągu lata. Faktem jest, że w moim życiu trochę się zmieniło, mianowicie zatrudniłem się w krwiożerczej korporacji zwanej UBS. Póki co na nadmiar pracy nie mogę narzekać, ale może niedługo się zacznie. O UBS-ie pisać nie będę, bo wystarczy sobie pogooglać. Powiem tylko, że mieści się w Business Parku w Zabierzowie.

Niedawno zaliczyłem też pierwsze wesele wśród znajomych. Czy udane? Chyba tak, choć nie mam porównania. Pewne rzeczy potoczyć mogły się lepiej, ale wchodząc do kościoła nie stanąłem w płomieniach, więc nie ma co narzekać.

Na koniec winny jestem też usprawiedliwienia swojej marnej aktywności tutaj. Pisuję czasem na blogu Przekarykaturyzowany świat, choć może to za dużo powiedziane. Po prostu wrzucam tam śmieszne, ciekawe, interesujące, emocjonujące, zaskakujące, wstrząsające, porażające rzeczy znalezione w Sieci.

sobota, 28 sierpnia 2010

Co wspólnego mają te kobiety?


Odpowiedź pod tym linkiem (o ile to nie fake).

niedziela, 8 sierpnia 2010

Set sail!

Wreszcie, po paru sezonach chęci i braku możliwości, udało mi się pojechać na Mazury. Wrażenia po pierwszym rejsie mam całkiem dobre, choć do najlepszych wakacji było nieco daleko. Od razu trafiłem na nowiutką łódź Antilla 26, zwodowaną w tym roku, wypożyczaną dopiero trzeci raz.

Na Jeziora wyruszyliśmy w sobotę z samego rana i po kilku godzinach dotarliśmy do Giżycka. Odebraliśmy łódkę i zaczęły się wakacje. Z portu wypłynęliśmy dopiero następnego dnia. Nasz skiper obrał kurs na Sztynort, niestety wiatr nie dopisywał. Kiedy wlekliśmy się przez Jezioro Kisajno, daleko na horyzoncie pojawiły się sine chmury, na tyle daleko, że załamanie pogody nie było bardzo prawdopodobne. Kapitanowie ustalili, że nie będziemy uciekać do portu. Po jakimś czasie pogoda zaczęła się pogarszać, więc odpaliliśmy silnik i czym prędzej poszliśmy w kierunku portu. Niedługo później niebo za nami kompletnie ściemniało, a nad wodą pojawiła się biała ściana deszczu. Po kilkudziesięciu sekundach już docierała do nas, poprzedzona potężnym wiatrem. Żagle były oczywiście zrzucone, ale emocje jak na pierwszy raz i tak były duże. Wiatr momentami przechylał łódź o ponad 45 stopni, a w pewnym nawet pojawił się nawet grad. Jak to zwykle burze, nawałnica minęła po kilku minutach, a my bezpiecznie popłynęliśmy do niedalekiego już Sztynortu. Do portu wchodziliśmy jeszcze w deszczu, ale niezbyt silnym. Tam pojawiły się kolejne problemy, zawiodła komunikacja i zabrakło doświadczenia załogantów. Mokrym, śliskim bosakiem za pierwszym razem nie udało się złapać boi, za drugą próbą straciliśmy bosak, a przy podejściu do niego przydzwoniliśmy dziobem w keję. Na szczęście łódź zbytnio nie ucierpiała.

Kolejny dzień to podróż do dzikiego portu w Mamerkach. Niestety wiatr znów zbytnio nie dopisywał. Było może odrobinę lepiej niż dzień wcześniej, ale znów atmosfera była piknikowa. Powoli dowlekliśmy się do przystani i po prostu spędziliśmy tam wieczór. Z rana podzieliliśmy się na trzy grupy, 3 osoby jedną łodzią poszły do Węgorzewa nadać przesyłkę, 3 naszą Tusją wypłynęły na jezioro, a 5, w tym ja poszło obejrzeć poniemieckie bunkry. Zespół 30 zachowanych bunkrów zrobił na nas dobre wrażenie, zwłaszcza ich 7-metrowe dachy i niewiele cieńsze ściany. Niestety był jeden ogromny minus tej wyprawy — minął nas najlepszy wiatr przez cały tydzień. Ok. 15 wsiedliśmy na łódź i jeszcze pożeglowaliśmy przy całkiem ładnych przechyłach, ale ponoć wcześniej wiało lepiej. Popołudniem zawinęliśmy do portu w Węgorzewie, pożarliśmy wielką pizzę, a wieczór spędziliśmy w tawernie.

Kolejny dzień wyprawy to znów słabe wiatry. Wybraliśmy się w kierunku Wyspy Kormoranów, ale wiatr był przez większość czasu niezauważalny. Ponieważ na Jeziorze Dobskim nie wolno poruszać się na silniku, musieliśmy niemiłosiernie wlec się do celu, czasem wspomagając się pagajami. Kiedy mieliśmy wypływać z Jeziora Dobskiego i włączać silnik, nagle zerwał się całkiem przyjemny wiatr i już tylko na nim, przed zachodem dotarliśmy do plaży w Nowym Harszu. Tam zacumowaliśmy i zrobiliśmy ognisko.

Następny dzień, to ponowna podróż do Sztynortu. Niestety znów specjalnie nie wiało, a łajbę prowadził „rezerwowy” skiper. Wieczorem w amfiteatrze grał zespół Mechanicy Shanty – ponoć jeden z najlepszych polskich zespołów piosenki żeglarskiej. Wrażenia były świetne. Wszystkie wcześniejsze „koncerty” w tawernach nawet nie nadają się do porównania. Zarówno umiejętności, jak i akustyka były na bardzo wysokim poziomie. Pierwszy poważny koncert szantowy, na którym miałem okazję być i było świetnie. Po koncercie poszwędaliśmy się jeszcze po porcie i tak zakończyliśmy wieczór.

Ostatnie dni to już powrót do Giżycka. Nie było ani specjalnych atrakcji, ani porządnych wiatrów. Wichura i burza zerwała się dopiero wieczorem, kiedy już bezpiecznie przycumowani staliśmy w porcie. Deszcz był nieco uciążliwy, bo zawiewało nim pod tent, ale w kurtkach jeszcze trochę wysiedzieliśmy. Rano przenieśliśmy się tylko z portu Sailor do Strandy, posprzątaliśmy łódź i pojechaliśmy obejrzeć Twierdzę Boyen. O twierdzy nie ma zbytnio sensu się rozpisywać, bo wiele informacji można znaleźć w Internecie. W skrócie, twierdza jest ogromna, ale w swojej historii nie przydała się na zbyt wiele. Powstała w połowie XVIII w., aby bronić najdogodniejszego przejścia przez mazurskie jeziora. Przez 2 tygodnie była oblegana podczas bitwy pod Tannenbergiem w 1914 r., w czasie II Wojny Światowej została oddana bez walki, dzięki czemu przetrwała w dobrym stanie. Niestety później niezbyt o nią dbano i nieco podupadła. Fort jest ogromny, ma w obwodzie ok. 2,5 km i kiedy oprowadza o nim przewodnik, robi naprawdę dobre wrażenie.

Ostatnim przystankiem przed drogą do domu był Wilczy Szaniec w Gierłoży — kwatera Hitlera, w której przeprowadzono nieudany zamach na niego, znany z filmu „Walkiria”. Tamtejsze bunkry są równie ciekawe jak te w Mamerkach, choć zapewne mniej popularne. Wrażenie robi oczywiście fakt, że przebywał tam sam Fuhrer, że przeprowadzono tam zamach, ale praktycznie wszystkie obiekty są zniszczone. Niemcy ewakuując się stamtąd wysadzili wszystkie bunkry, zużywając 10 t trotylu na każdy z nich! Sufity najpotężniejszych, należących do Hitlera, Goeringa czy Bormanna miały nawet 9 metrów grubości i uzbrojone były w stanowiska karabinów maszynowych na ich dachach. Całość była dobrze maskowana roślinnością i siatkami maskującymi. Szerzej zainteresowanych tematem odsyłam do Wujka Google. Po zwiedzeniu Szańca posililiśmy się i ruszyliśmy do Częstochowy.

piątek, 30 lipca 2010

O Starcrafcie w telegraficznym skrócie

Zainstalowałem Starcrafta II. Jakie wrażenia? Nie ma cudów. Skupiłem się na Custom game, choć uruchomienie jej w posiadanej przeze mnie wersji nie było proste. Jeśli masz ten sam problem należy: ściągnąć mapę, na której chcesz zagrać (powinna mieć rozszerzenie SC2map), otworzyć ją w edytorze map, w ustawieniach graczy ustalić kim chcesz grać (Mapa->Ustawienia gracza), jacy mają być przeciwnicy i uruchamiamy jej test. W tym momencie dostajemy normalną grę z komputerem.

Jak się gra? Niestety, nie ma cudów. Mechanika gry niewiele się zmieniła, a dodanie grze nowej grafiki po 12 latach to nie jest szczytowe osiągnięcie. Zmieniły się niektóre jednostki, kilka zniknęło, pojawiło się kilka nowych. Pomieszane są nieco umiejętności, na przykład umiejętność Archona Meltdown (o ile dobrze pamiętam nazwę), ma teraz Templar. Rewolucji to nie robi. Można zaznaczyć więcej niż 12 jednostek, ale chyba nikt się nie spodziewał, że takie ograniczenie pozostanie. Część budynków otrzymało nowe funkcje, na przykład można złożyć supply depot tak, aby dało się po nim przejść. Po wyprowadzeniu wojska rozkładamy go na nowo i mamy standardową barierę. Sztuczna inteligencja nie powala, choć ciekawą zmianą jest to, że komputer wycofuje atakujące wojska, jeśli zorientuje się, że bitwy już nie wygra. Kiedyś chyba tak nie robił.

Postęp między częściami porównałbym do tego, jaki oglądaliśmy w Diablo - w dwójkę grało się przyjemniej, była bardziej rozbudowana, ale istota gry się nie zmieniła. Nadzieją pozostaje kampania, może ona choć trochę wynagrodzi wydatek co najmniej 160 zł. Rozwiązania tam zastosowane są ponoć bardzo ciekawe. Ale nie oszukujmy się, siłą Starcrafta był i będzie multiplayer, a ten chyba wiele nie zyskał względem pierwszej części.

Warto wspomnieć o lokalizacji gry - jest doskonała, spolszczone jest dokładnie wszystko - filmy, napisy na mapach, wszelkie nazwy czy odzywki jednostek. Niestety mnie to irytuje. Chociaż dubbing stoi na bardzo wysokim poziomie, to niektóre rzeczy po polsku brzmią po prostu źle, albo lekko śmiesznie. Znacznie bardziej wolę budować Templarów, a nie Templariuszy, Carriery, a nie lotniskowce. To wprowadza duże zamieszanie. Może postaram się o wersję angielską?

Gra na pewno odniesie sukces finansowy, z resztą już sprzedaje się świetnie. Niestety uważam, że sukces będzie niezasłużony, oparty tylko na geniuszu poprzednika.

wtorek, 27 lipca 2010

Gratulacje!

Przed chwilą zakończył się chód na 20km, który był pierwszą konkurencją Mistrzostw Europy w Lekkiej Atletyce, które w tym roku organizowane są w Barcelonie. Mój licealny kolega Jakub Jelonek zajął 8 miejsce – najlepsze wśród Polaków. Po nieudanych występach w Pekinie i na Mistrzostwach Świata w Berlinie, wreszcie udało się zająć wysokie miejsce na ważnej imprezie. Do podium zabrakło sporo, ale najważniejszy jest postęp. Przy niezbyt sprzyjających warunkach Kuba zbliżył się do swojego rekordu życiowego. Serdecznie gratuluję!

sobota, 24 lipca 2010

Jeszcze trochę z Sołżenicyna

Z prawd życiowych:

„Ludzie nie są prawie zdolni do poznania beznamiętnego, wypranego z elementów emocji. Jeśli jakąś rzecz człowiek uznał za złą, to nader trudno mu już zmusić się do zobaczenia w niej także jakichś dobrych stron.”
Z przewidywania politycznej przyszłości w okolicach 1970 r.:
„Bardzo bolesna będzie dla nas sprawa ukraińska. Ale trzeba zrozumieć, jaka już gorączka Ukraińców trawi. Jeśli zbratanie nie udało się w ciągu tylu stuleci — to teraz kolej na nas, aby dać przykład rozsądku. Powin­niśmy pozostawić wybór im samym. Im, federalistom czy separatystom, niech tam między sobą zadecydują, kto z nich ma rację. Upierać się przy swoim, to i głupie, i okrutne. Im więcej przejawimy teraz ustępliwości, tolerancji i otwartości, tym większa jest nadzieja, że uda się nam w przy­szłości odbudować naszą jedność.

Niech spróbują samodzielnego życia. Zapewne szybko zdadzą sobie sprawę, że separacja nie wszystkie problemy rozwiąże.”
Z prześladowań Ulianowa:
„Przyjrzyjmy się chociażby biografii Lenina, ogólnie wszak znanej: wiosną 1887 roku jego rodzony brat stracony został za zamach na Aleksandra III. Podobnie jak brat Karakozowa, Lenin był więc bratem carobójcy. I cóż? Jesienią tegoż roku Włodzimierz Uljanow wstępuje na Imperatorski Uniwer­sytet Kazański, przy tym — na wydział prawa! Czy to nie zadziwiające?

Co prawda, w trakcie owego pierwszego roku akademickiego Włodzi­mierz Uljanow zostaje usunięty z uniwersytetu. Ale represja ta dotyka go za zorganizowanie tajnego, antyrządowego zebrania studenckiego. Brat carobójcy podżega zatem kolegów do nieposłuszeństwa wobec władzy. Co by mu się u nas za to należało? Ależ rozstrzelanie, bez żadnego gadania (współuczestnicy dostaliby po dwadzieścia pięć, w najlepszym wypadku — po dziesięć lat). Jego zaś wylewają z uniwersytetu. Okrucieństwo! Zaraz jedzie ponadto na zesłanie. Dokąd? Ha... Sachalin? Ależ nie, do majątku rodzinnego Kokuszkino, gdzie zresztą zawsze spędzał ferie letnie. Chce pracować, więc pozwalają mu na... trzebienie lasu w tajdze? Ależ nie! — na prowadzenie praktyki prawniczej w Samarze; jednocześnie uczestniczy w działalności kółek nielegalnych. Następnie może jako ekstern zdawać egzaminy na uniwersytecie Petersburskim. (A kwestionariusze? Oddział Specjalny spał sobie, czy co?).

I oto po kilku latach ten sam młody rewolucjonista zostaje aresztowany za to, że utworzył w stolicy „Związek Walki o Wyzwolenie" — ni mniej, ni więcej! Że niejednokrotnie wygłaszał „podburzające" przemówienia do robotników, że pisał ulotki. Może znęcano się nad nim albo morzono głodem? Bynajmniej, zapewniono mu w więzieniu warunki dla wydajnej pracy umysłowej. W petersburskim więzieniu śledczym, gdzie przesiedział rok i dokąd przekazano mu dziesiątki dzieł naukowych, zdołał napisać większą część swojej książki Rozwój kapitalizmu w Rosji, a oprócz tego wysyłał — legalnie, przez prokuraturę! — Studia ekonomiczne do marksis­towskiego pisma „Nowe Słowo". Do celi przynoszono mu płatne obiady dietetyczne, mleko, wodę mineralną z apteki, trzy razy tygodniowo paczki żywnościowe od rodziny. (Podobnie Trocki w twierdzy Pietropawłowskiej mógł przelać na papier pierwszy zarys teorii permanentnej rewolucji).

Ale za to później poszedł pod mur z wyroku Trójki? Nie, nawet więzie­niem go nie ukarano, pojechał od razu na zesłanie. Czy do Jakucji, na całe życie? Skądże znowu, do żyznego okręgu Minusińskiego, na całe trzy lata. Wiozą go tam jednak skutego? W wagonie dla więźniów? O, nie! Jedzie jak inni wolni ludzie — jeszcze trzy dni chodzi sobie bez przeszkód po Peters­burgu, później także po Moskwie, musi przecież zostawić konspiratorom instrukcje, zatroszczyć się o kontakty i łączność, przeprowadzić naradę tych, co mają kontynuować działalność rewolucyjną. Pozwolono mu jechać na zesłanie na własny rachunek — to znaczy, w jednym przedziale z wol­nymi pasażerami. Żadnych etapów, żadnego zborniaka w drodze na Sybir — ani, tym bardziej, w drodze powrotnej — Lenin nie poznał nigdy. Póź­niej, w Krasnojarsku, musi jeszcze posiedzieć w bibliotece dwa miesiące, aby zakończyć swój Rozwój kapitalizmu; i dzieło to, napisane przez zesłań­ca, pojawia się w druku bez żadnych przeszkód ze strony cenzury (ano, przyłóżcie tu nasz łokieć!). Z jakich jednak środków utrzymuje się Lenin w dalekim siole, toć nie znajdzie tam pracy zarobkowej? Otóż poprosił o przyznanie mu dotacji skarbowej, państwo opłacało z nawiązką wszystkie jego potrzeby (chociaż matka jego była dość zamożna i słała mu wszys­tko, czego mu było trzeba). Nie sposób wymyśleć sobie lepszych warunków dla deportowanego niż te, które miał Lenin podczas pierwszego i jedynego swego zesłania. Jedzenie niezwykle tanie i zdrowe, wielka obfitość mięsa (co tydzień — cały baran), mleka, warzyw; uciech łowieckich — też bez liku (nie jest zadowolony z psa, więc całkiem serio chcą mu przysłać z Pe­tersburga innego; kąsają go w kniei komary, więc zamawia sobie skórkowe rękawiczki); Lenin wyleczył się z choroby żołądka i innych przypadłości, na które w młodości cierpiał, szybko też utył. Nie ma żadnych obo­wiązków, żadnego zatrudnienia, żadnych powinności, jego kobiety też nie muszą się nadwerężać. 15-letnia córeczka miejscowych chłopów wykony­wała w ich rodzinie całą czarną robotę za 2 i pół rubla miesięcznie. Lenin nie musiał wcale zarabiać na życie piórem, odrzucał przychodzące z Peters­burga oferty płatnej pracy literackiej — a publikował i pisał tylko to, co mogło mu zapewnić literackie nazwisko.

Doczekał się końca okresu deportacji (mógłby bez trudu „uciec", ale nie zrobił tego, był przezorny). Czy zesłanie przedłużono mu automatycznie?, czy zamieniono je na bezterminowe? Nigdy w świecie, to byłoby sprzeczne z prawem. Pozwolono mu zamieszkać w Pskowie, z tym że nie miał prawa jeździć do niedalekiej stolicy. Jeździ za to do Smoleńska, do Rygi. Nikt tych jego ruchów nie śledzi. Wówczas postanawia przewieźć z pomocą bliskiego przyjaciela (Martowa) cały kosz nielegalnej literatury do stolicy — i wybiera drogę przez Carskie Sioło, gdzie kontrola jest szczególnie surowa (tu już obaj panowie przefajnowali). W Petersburgu zostaje za­trzymany. Co prawda, kosza już nie ma, znajdują za to przy nim list, pisany atramentem sympatycznym, a przeznaczony dla Plechanowa i za­wierający cały plan organizacji czasopisma „Iskra" — ale żandarmi nie bawią się w chemię; aresztant trzy tygodnie spędza w celi, mają w ręku ów list — lecz list pozostaje w dziewiczym stanie aż do końca.

Czym też kończy się ten samowolny wyjazd z Pskowa? Dwadzieścia lat katorgi, jak u nas? Nie, te trzy tygodnie w areszcie — to wszystko! I wkrót­ce już wolno Leninowi poruszać się całkiem swobodnie — może pojeździć sobie po Rosji, przygotować punkty kolportażu „Iskry", wreszcie ruszyć za granicę, aby zorganizować redakcję („policja nie widzi przeszkód", aby wydać mu paszport zagraniczny!).

Nie dość na tym! Lenin już z emigracji wysyła do Rosji, do encyklopedii „Granat", hasło o Marksie! i artykuł ten zostaje wydrukowany. I nie tylko ten!

I wreszcie — kieruje działalnością wywrotową, osiedliwszy się w małym I miasteczku blisko austriacko-rosyjskiej granicy; a z Rosji nikt nie posyła przebranych zbirów, aby porwać go i przywieźć żywcem. A nie było to wcale trudne.”
Z rozmyślań specobozowych w Ekibastuzie:
„(…) od chwili, gdy świadomie opadłem aż na dno i poczułem je pod stopami, ów grunt twardy, skalisty, dla wszystkich wspólny — otóż dopiero wtedy zaczęły się najważniejsze lata mego życia, które dały ostateczny szlif memu charakterowi. Jakiekolwiek by teraz wzloty i upadki czekały mnie w życiu, wierny już będę poglądom i nawy­kom, które wówczas rozwinęły się we mnie.”

środa, 21 lipca 2010

Przeciętne dalsze trwanie życia

Demografia czasem się jednak przydaje. Przy okazji artykułów, wypowiedzi czy wykopów o systemie emerytalnym wielokrotnie spotykam się z irytującym błędem, wynikającym z niewiedzy największych krzykaczy. Otóż na podstawie przeciętnej długości życia w Polsce, twierdzą, że na emeryturze mężczyzna żyje przeciętnie nieco ponad 6 lat, podczas gdy odkładamy na nią przez 40 lat pracy. Ma to stanowić o absurdalności i „złodziejskości” systemu emerytalnego. Oczywiście wniosek jest bliski prawdy, ale wysnuty z bardzo błędnych założeń. Tego typu rozumowaniem posłużyła się nawet kiedyś Superstacja (pomijając mocno naciągnięte inne wartości i fakt, że popularny ZUS to również składka zdrowotna):

Dla uzupełnienia dodam, że analogicznie kobieta żyje na emeryturze przeciętnie 20 lat (dane za 2008 rok).

Gdzie zatem tkwi problem? W przeciętnym dalszym trwaniu życia. Co ta wartość ma wspólnego z przeciętną długością lub trwaniem życia? Początek. Mianowicie w wieku „0”, czyli zaraz po urodzeniu chłopcu zostało do przeżycia przeciętnie 71 lat, 3 miesiące i 5 dni, a dziewczynce blisko 80. Z pobudek szowinistycznych i skrócenia wywodu dalej będę odwoływał się tylko do mężczyzn. Zgodnie ze statystykami GUS, jednorodna grupa 100 tys. chłopców miała do przeżycia łącznie 7126284 lat. Ponieważ liczenie puli lat może być nieintuicyjne, możemy potraktować je jak walutę. Co 12 miesięcy każdy osobnik standaryzowanej populacji 100 tys. Polaków musi wydać na życie 1 rok ze wspólnej puli. Niestety nie każdy ma takie same szanse. Pierwszych urodzin nie dożyje 618 chłopców, wielu z nich umrze wkrótce po porodzie. Ta grupa łącznie zdąży wydać zaledwie 89 lat. Już tutaj widać zatem, że więcej waluty zostanie dla reszty. W kolejnych latach liczba zmarłych znacznie maleje. Pierwszy tysiąc osób opuści grupę po ponad 16 latach. Dla 98893 mężczyzn, którzy doczekają pełnoletniości zostanie 5340604 lat, co pozwoli im przeżyć przeciętnie jeszcze prawie 54 lata. Nie ma cudów, uniknięcie śmierci przez pierwsze 18 lat daje im niecałe 9 miesięcy życia więcej, niż na początku. Jednak im dłużej uda się wytrzymać, tym większa będzie nagroda. Każdy, kto dożyje pięćdziesiątki powinien liczyć na jeszcze ponad 25 lat życia, więc zysk wynosi blisko 4 lata. Ci, którzy dożyją 65 lat dowiozą tam 1035855 lata, a będzie ich 70318 osób. Skarb topnieje, a chętnych jeszcze całkiem dużo. Jeśli podzielić go po równo, każdemu przypadnie 14 lat i 9 miesięcy, zatem emeryt ma całkiem duże szanse dożyć 80-ki. I to jest właśnie wiek, którym powinniśmy się posługiwać przy wszystkich dyskusjach o emeryturach. 90-latek, nie biorąc pod uwagę swojego stanu zdrowia czy stylu życia, powinien liczyć jeszcze na blisko 4 lata. Poniższy wykres pokazuje zmiany liczebności grupy na przestrzeni lat, pulę lat do podziału i wzrost przeciętnej długości życia wraz ze starzeniem się.

Jeśli do blisko 15 lat, które ma przed sobą 65-latek, dodać wcześniejsze emerytury, czy to wynikające ze stażu pracy czy wykonywanego zawodu okaże się, że emeryt dostaje świadczenia przez grubo ponad 15 lat. Przypominam, że cały czas mówię tylko o mężczyznach! Kobieta odchodząca na emeryturę w wieku 60 lat będzie ją pobierać przeciętnie przez ponad 23 lata, bez wliczania tych, które kończą aktywność zawodową wcześniej.

Oczywiście powyższe informacje nie są usprawiedliwieniem dla niewydajnego, archaicznego systemu emerytalnego. Służą tylko naświetleniu bardzo częstego błędu, popełnianego przez internautów. Przy okazji widać też, że mężczyźni pracują o 5 lat dłużej, a obijają się o 8 lat krócej. Więcej szczegółów i źródło moich danych na stronach GUS.

piątek, 9 lipca 2010

Dobro i zło - Archipelag GUŁag

(…) linia oddzielająca dobro od zła, przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami – tylko przecina każde ludzkie serce, nie omijając żadnego. Jest to linia ruchoma i z upływem lat jej bieg zmienia się w nas samych. Nawet w sercu omotanym przez zło, linia ta odgradza maleńki przyczółek dobra. Nawet w najlepszym sercu – nie wykorzenione zło zachowuje swój kącik.

niedziela, 4 lipca 2010

Wreszcie zrobiło się ciekawie

Niemal wszyscy narzekali na poziom trwających Mistrzostw Świata. Mało bramek, niewidowiskowa gra i ogólny zawód. Ćwierćfinały wszystko zmieniły.

Każdy mecz ćwierćfinałowy to osobna niesamowita historia. Od pierwszego meczu piłka napisała niewiarygodne scenariusze, które w filmie skwitowalibyśmy słowami: „Naiwne! Takie rzeczy się nie zdarzają!” Pierwsza połowa meczu Brazylia – Holandia wyglądała tak, jak się tego spodziewałem – atrakcyjna, rozluźniona gra Canarinhos, dobra skuteczność (gol z niewielu okazji), bezradność Pomarańczowych i fantastyczne podanie powszechnie krytykowanego Melo. Po przerwie miało być tylko lepiej. Nie było. Pierwsza bramka dla Holandii była dużą, jeśli nie wyłączną zasługą bohatera pierwszej połowy. Być może swoje dołożyła nieprzewidywalna piłka, bo Julio Cesarowi takie błędy przy piąstkowaniu raczej się nie zdarzają. Być może główkujący Melo istotnie mu przeszkodził, ale przecież piłkę miał w swoim zasięgu, a zwyczajnie się z nią minął. Chwilę później bramka z afery, głową wbił ją najniższy na boisku Sneijder, który staje się realnym kandydatem do tytułu najlepszego piłkarza sezonu, mimo 31 ligowych goli Messiego. Media obwiniają zwykle dobrze grających głową obrońców, którzy nie upilnowali Holendra, ale osobiście jestem ostrożniejszy. Piłka leciała bardzo szybko, sprytnie przedłużył ją Kuyt i nagle znalazła się w nieco niespodziewanym miejscu. Chwilę później Filipe Melo postanowił udowodnić, że jego prawdziwa twarz, to ta, którą pokazywał przez cały ligowy sezon. Głupi, niesportowy faul na Arjenie Robbenie i Brazylijczyk żegna się z Mundialem 20 minut szybciej niż koledzy. Od tego momentu nikt już chyba nie wierzył, że rezultat może się odwrócić. Co prawda Brazylia rzuciła się do ataku, ale gdzieś zniknęły wszystkie atuty, którymi dysponowała w tych mistrzostwach, a Holandia wyprowadzała groźne kontry, ale sobie tylko znanym sposobem, żadnej nie wykorzystała.

Wieczorny mecz Urugwaj – Ghana nie zapowiadał się już tak widowiskowo i rzeczywiście pięknem nie zachwycił, emocje natomiast były jeszcze większe. Pierwsze pół godziny zdecydowanie należało do Urugwaju, choć Latynosi nie potrafili stworzyć sobie naprawdę dogodnych sytuacji. Po tym czasie do natarcia przeszła Ghana, ale w jej atakach również brakowało precyzji. Kiedy wszyscy czekali gwizdka kończącego połowę, rozpaczliwy strzał z ok. 35 metrów oddał Sulley Muntari. Piłka poleciała łukiem, zmyliła bramkarza, który zrobił ruch w prawą stronę i wpadła po jego lewej ręce. Strzał wydawał się bardzo mocno podkręcony, ale jak pokazały powtórki, piłka praktycznie nie miała rotacji, a za tak dziwny tor lotu odpowiada chyba negatywna bohaterka tych mistrzostw, piłka Jabulani. W drugiej połowie znów dała znać o sobie futbolówka. Strzał z bezpiecznej odległości oddał Forlan, piłka najpierw mocno skręcała, aby w późniejszej fazie swój lot wyprostować. Znów bramkarz zrobił ruch w prawo, a piłka wpadła po jego lewej stronie. Dogrywka nie zapowiadała goli, obie drużyny były strasznie zmęczone, aż w ostatniej minucie na linii bramkowej ręką zagrał Suarez, ratując drużynę przed utratą gola. Sędzia natychmiast pokazał mu czerwoną kartkę i podyktował rzut karny. Wydawało się, że jest po meczu, w dodatku była to ostatnia akcja meczu. Niestety, Asamoah Gyan trafił w poprzeczkę i zaprzepaścił szansę Ghany. W serii rzutów karnych nie popisali się umiejętnościami i Urugwaj w, trzeba to przyznać, skandalicznych okolicznościach dotarł do półfinału. Zachowanie Suareza było oczywiście niesportowe, ale nie miał już nic do stracenia, a tak został chwilowo narodowym bohaterem w swoim niewielkim kraju.

Trzeci ćwierćfinał, to pojedynek bezpodstawnie faworyzowanej Argentyny i solidnych nawet bardziej niż zwykle Niemców. Zaczęło się lekko sensacyjnie, bo już w 3 minucie Mueller zdobył gola głową, a później było już tylko gorzej. Argentyna, przez wielu typowana nawet na mistrza, grała bez pomysłu, bez okazji, albo po prostu beznadziejnie. Okazje mieli marne i właściwie tylko po indywidualnych szarżach. „Lays” Messi nawet jeśli minął dwóch Niemców, zatrzymywał się na trzecim, a i za tym była jeszcze asekuracja. Czasem w pole karne wpadał Di Maria, ale strzały nie stwarzały zagrożenia, a Gonzalo pokazał wszystkim, że liczba goli, które zdobył dla Realu wciąż pozostaje niewyjaśnioną zagadką. Snuł się po boisku i właściwie pamiętam go z jednej, oczywiście nieudanej akcji. Niemcy natomiast zagrali po swojemu, szybkie kontry, bez zbędnych dryblingów. Drugi gol to właściwie wysiłek trójki napastników, w tym dwóch „Polaków”. Przewracający się Mueller podał na wyjście do Podolskiego, a ten idealnie zmieścił piłkę między obrońcą a bramkarzem. Mirkowi Klose zostało tylko przyłożyć nogę. Trzecia bramka, o dziwo, padła o dryblingu Schweinsteigera, którego nie był w stanie zatrzymać nikt, a czwarta znów z kontry i po precyzyjnym przerzucie bodaj Oezila. Tak jak zapowiadałem, Argentyna pożegnała się z turniejem, choć rozmiarów porażki nie spodziewał się chyba nikt.

Czwarty, ostatni mecz rozgrywały Hiszpania i Paragwaj. Hiszpanie zawodzą przez cały turniej i z murowanego faworyta zmienili się w drużynę, która cudem, albo Villą przepycha się do następnych faz. Na boisku znów pojawił się beznadziejny Torres i przeciętny, w mojej opinii, Busquets. Paragwaj ze swoim filarem Villarem, tanio skóry sprzedać nie chciał. O ile największy dotychczas sukces z Hiszpanią odniosła zaciekle i gęsto broniąca się Szwajcaria, o tyle Paragwaj nie zamierzał się cofać. Nieustanna presja wywierana na Hiszpanach na całym boisku, łącznie z atakowaniem Casillasa, wytrąciła im wszystkie atuty. Faworyzowani Hiszpanie (kursy u bukmachera na remis 4, a na Paragwaj aż 8!) właściwie nie stwarzali zagrożenia, a w 41 minucie Valdez ładnie opanował dośrodkowanie i pokonał Ikera. Niestety jego partner, który skakał do piłki był na spalonym i sędziowie słusznie odgwizdali spalonego, choć komentatorzy zawzięcie twierdzili, że bramka została zdobyta prawidłowo. Druga połowa różniła się niewiele. Choć linia pomocy Paragwaju grała dość wysoko, atakiem zajmowali się właściwie tylko Valdez i Cardoso. I gdy wydawało się, że Hiszpanii raczej nic nie grozi, Pique w głupi sposób sfaulował napastnika Paragwaju, a sędzia podyktował karnego. Niestety, szczęście nie sprzyjało tym razem Latynosom. Faulowany chwilę wcześniej Cardoso strzelił niezbyt mocno, niemal w środek bramki i Casillas nawet nie musiał parować strzału, po prostu ją złapał i szybko wprowadził do gry. Wyraźnie widać było, że Hiszpanie zdecydowanie za wcześnie wbiegli w pole karne, ale sędzia nie nakazał powtórki. Chwilę później, w polu karnym padł Villa i arbiter znów wskazał na wapno! Do tej chwili nie mam pewności, czy rzeczywiście był faulowany, ale niewiele to zmienia. Xabi Alonso pewnie zamienił karnego na gola, ale sędzia tym razem zauważył zdecydowanie zbyt wczesne wbiegnięcie Hiszpanów w strefę 9 metrów od piłki i nakazał powtórkę. Tę dość łatwo obronił Villar i mimo dwóch karnych wciąż mieliśmy wynik bezbramkowy! Chwilę później, przy próbie dobitki powalony został jeszcze Fabregas, ale tym razem arbiter nie zauważył faulu bramkarza. Paragwaj bronił się dalej świetnie, aż w 82 minucie jednemu z graczy nie udało się zatrzymać wślizgiem Iniesty, ten stworzył przewagę przeciwko obronie, podał do Pedro, a młody zawodnik Barcelony pięknie strzelił… w słupek. Na szczęście dla Hiszpanów, piłka wpadła pod nogi niezawodnego Villi, a ten znów uderzył w słupek, futbolówkę wzrokiem odprowadził obrońca, ta odbiła się od drugiego słupka i przekroczyła linię bramkową. Zmów się Hiszpanom udało. Jeszcze przed końcem meczu fatalnie interweniował Casillas, ale udało mu się zablokować dobitkę i w najbliższych dniach Hiszpania zmierzy się z Niemcami, ale nie wróżę jej dobrego wyniku. Niemcy idą niestety na mistrza i trzeba przyznać, że całkowicie na tytuł zasługują.

Jak widać, emocji było co nie miara. Każdy mecz był wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju i na pewno na długo zapadną one w pamięć kibicom. Szkoda, że emocje nie mają swojej miary, bo z pewnością pod tym kątem ta faza rozgrywek przeszłaby do historii.