sobota, 19 lutego 2011

Update

Ostatnio niestety mam mało czasu, żeby coś tu wysmarować. Niedawno wziąłem się za porządną analizę rekordu, który wykręcało Cleveland Cavaliers, zebrałem wyniki, zacząłem liczyć średnie, napisałem parę linijek, ale w międzyczasie passa skończyła się na 26 porażkach z rzędu i tekst już jest nieaktualny.

Dziś tylko dwa fajne cytaty, żeby nie zaginęły w czeluściach moich zakładek:

„I spent a lot of money on booze, birds and fast cars. The rest I just squandered.” - George Best
„We Americans live in a nation where the medical-care system is second to none in the world, unless you count maybe 25 or 30 little scuzzball countries like Scotland that we could vaporize in seconds if we felt like it.” - Dave Barry

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Niezwykłe życiorysy

W weekend skończyłem czytać książkę „Mój pionowy świat” Jerzego Kukuczki i obejrzałem film „Into the wild” opowiadający historię Chrisa McCandlessa. Oba tytuły dały mi nieco do myślenia.

Na pierwszy rzut oka losy i charaktery obu postaci wydają się podobne. Obaj postanawiają żyć w sposób nietuzinkowy, mają ku temu odwagę, nieustannie dążą do obranego celu. Niestraszne im niewygody, niepotrzebne luksusy, liczy się dla nich przede wszystkim obrana ścieżka.

Jerzy Kukuczka był drugim człowiekiem na świecie, który stanął na wszystkich czternastu ośmiotysięcznikach, w ogromnej większości były to przejścia nowymi drogami lub pierwsze wejścia zimowe. Pierwszemu Reinholdowi Messnerowi zajęło to 17 lat, a Polakowi 8. Choć aklimatyzował się wolniej niż inni, kiedy przywykł do dużej wysokości był „nie do zdarcia”, niemal wszystkie szczyty zdobył nie posługując się tlenem, a i w trakcie wejścia na Mount Everest tlen skończył się na 100 metrów przed szczytem. Kiedy Messner w 1983 r. ogłosił, że zamierza zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki, Kukuczka po cichu przyjął wyzwanie, choć jego szanse były mizerne. Włoch miał już dużą przewagę nad Polakiem, a do tego miał nieporównywalne możliwości finansowe.

Zupełnie innym aspektem, który wzbudza mój podziw jest to, że w czasach komuny, w trakcie stanu wojennego, Jerzemu Kukuczce udawało się co rusz wyprawiać w Himalaje. Z początku wraz z kolegami z klubu alpinistycznego zarabiali pieniądze malując wielkie kominy. Zajęcie było dość opłacalne, ale dość powiedzieć, że wyprawa w 1979 r. kosztowała ok. 1 mln złotych, co stanowiło 200 średnich pensji. A do tego dochodzą problemy z uzyskaniem dewiz! W wielu wyprawach ich „dostawcami” byli zagraniczni uczestnicy. Kukuczka musiał się zatem nie tylko świetnie wspinać, ale wiele energii wkładał nieraz, aby wyjazd był w ogóle możliwy. Na marginesie można zostawić różnicę w sprzęcie, którym dysponowali Polacy i himalaiści z Zachodu. Kukuczka poświęcił całe swoje życie najważniejszemu celowi, jakim były dla niego ośnieżone wierzchołki gór. Niestety, po zdobyciu Korony Himalajów, udało mu się wziąć udział jeszcze tylko w dwóch wyprawach, 24 listopada 1989 r., podczas wspinaczki południową ścianą Lhotse odpadł od ściany, a 7-milimetrowa lina nie wytrzymała obciążenia i pękła. Jeden z największych sportowców w polskiej historii spadł w dwukilometrową przepaść.

Co o Chrisie? Ten młody chłopak, skończywszy college decyduje się zerwać z dotychczasowym życiem, uciec od schematu, w który chce wtłoczyć go otoczenie. Chce robić to, co daje mu szczęście, obcować z naturą, wędrować po świecie, a jego celem staje się spędzenie kilku tygodni na Alasce. W swojej dwuletniej wędrówce po stanach spędza trochę czasu z hipisami, trochę pracuje na roli, ale jego pracodawca popada w konflikt z prawem i wpada w ręce FBI, spędza czas z weteranem, który lata temu stracił żonę i dziecko w wypadku samochodowym. W pewnym sensie wszystkich napotkanych ludzi zachęca do realizowania swoich marzeń, do sięgania po to, czego pragną, na czym im zależy. Ostatecznie po wielu perypetiach, przeplecionych niezbyt uroczą historią rodzinną, trafia na wymarzoną Alaskę, w dziczy przypadkiem trafia na porzucony autobus, w którym niegdyś ktoś mieszkał, być może podobny jemu „odludek”. Sprawy przybierają jednak niekorzystny obrót – jedzenie zaczyna się kończyć, upolowanego łosia nie udaje się właściwie oprawić i uwędzić, a kiedy decyduje się już na powrót okazuje się, że niewielka rzeczka, przez którą przebrnął kilka tygodni wcześniej, stała się rwącym potokiem i odcięła mu drogę powrotu. Coraz bardziej cierpiąc z głodu, przez przypadek zjada trującą roślinę i umiera w męczarniach.

Film wzbudził we mnie mieszane uczucia. W pierwszej chwili zazdrościmy bohaterowi odwagi i podziwiamy za upór w dążeniu do celu. Z każdą jednak minutą coraz lepiej docierało do mnie to, że wyprawa, czy obrany styl życia nie był wyzwaniem, a po prostu ucieczką. Czy nie jest łatwiej żyć nie przejmując się niczym, a co gorsza nikim. Bohater podejmuje czasem nieprzemyślane ryzyko, a wyprawa na Alaskę pokazuje, że potrafi mniej, niż mu się wydaje. Alexander Supertramp to nie człowiek z żelaza, ale lekkoduch, któremu do czasu wszystko uchodzi na sucho. Niestety, wyzwanie go przerasta. Nie przewidział tego, że wiosną rzekami płynie więcej wody, że nagle będzie musiał się żywić roślinami, a nie zwierzętami upolowanymi kupioną za „znienawidzone” pieniądze strzelbą. Gdyby zamiast Tołstoja i Londona studiował swój atlas roślin, być może ocaliłby swoje życie.

Od filmu oczekiwałem wiele i może dlatego podszedłem do niego z dużym krytycyzmem. Nie oceniam tutaj plenerów czy muzyki, a samą treść. Na pewno nieco popsuło mi odbiór to, że znałem jego zakończenie. Ponadto słyszałem liczne zachwyty, jaki ten film nie jest inspirujący, otwierający oczy, czy zachęcający do oderwania się, życiowej zmiany. Każdy, kto zachwyca się jego postawą, jego wyborem, powinien bliżej poznać osobę naszego himalaisty, postać wielkiego formatu, niezłomnego charakteru, ogromnej siły woli, wspartych niesamowitymi możliwościami fizycznymi. To jest prawdziwy wzór godny naśladowania, nie koniecznie w górach, ale przy realizacji każdej pasji.Dla mnie największą wartością w „Into the wild” są ostatnie słowa Aleksa – „Happiness only real when shared”.

niedziela, 26 grudnia 2010

Podróże z Ryszardem

Blogowa płodność zbliża się do naturalnej dla rodzaju ludzkiego — płodny jestem raz w miesiącu. Mogło być gorzej, bo nowy post mógłby się rodzić raz w roku. Czemu nie pisuję? A bo nie ma o czym. Od szarości codziennego dnia, przerywanej wieczornymi wysiłkami na różnych frontach, ucieczki są krótkie. Uciekam w lekturę.

W ostatnich tygodniach przez moje ręce i mikry ekran mojego telefonu przewinęły się dwa dzieła geniusza. Pierwszym był „Szachinszach”, a parę dni temu skończyłem „Podróże z Herodotem”. Jak niektórzy wiedzą, to nie pierwsze książki Kapuścińskiego jakie przeczytałem, ale od „Imperium” minęło prawie dziesięć miesięcy, a od „Cesarza” i „Hebanu” jeszcze więcej. Nie będę rozpisywał się o tematyce poruszanej w przeczytanych książkach.

W skrócie, „Szachinszach” to historia władzy i upadku Mohameda Rezy Pahlaviego, którego obalono w rewolucji 1979 roku, na której czele stał Ajatollach Homeini. Zaskoczyłem się w tym przypadku brakiem jednego konkretnego wybuchu, eksplozji, której oczekiwałem przez większość książki. Ciekawsze jednak jest to co działo się przed rewolucją. Opisy działań aparatu bezpieczeństwa, nieraz absurdalnych, często nieracjonalnych zachowań władcy, niebotycznych planów realizowanych z absolutną niezdarnością i ignorancją pozwalają zrozumieć, dlaczego irańskie społeczeństwo oddało władzę w ręce islamskich duchownych. Także tło historyczne sięgające początków islamu pozwala trochę lepiej zrozumieć tę odległą kulturę. Poza tym w zdumienie wpędził mnie stopień podobieństwa Szacha i cesarza Haile Selasie, ich niemal identyczne podejście do państwa, w którym panowali.

„Podróże z Herodotem” to książka obejmująca znacznie więcej tematów. To sprawozdanie z licznych podróży najsłynniejszego polskiego reportera, w których często towarzyszyły mu „Dzieje” Herodota. Dzięki tej książce poznajemy autora niemal od samego początku, od krótkich wspomnień dzieciństwa w czasie wojny, studiów, przez pierwsze reportaże dla „Sztandaru Młodych”, marzenia o wyjeździe zagranicę („Myślałem o Czechosłowacji”), pierwszą podróż zagraniczną do Indii, „wymianę” w Chinach, podróże po innych krajach Azji i Afryce. Ponadto liczne wtrącenia Herodota, pozwalają śledzić wybrane przez autora starożytne dzieje Greków czy Persów. Herodota Kapuściński widzi jako pierwszego reportera, sprawozdawcę, o którym nie wiemy dziś zbyt wiele. Podziwia go za swego rodzaju profesjonalizm, a równocześnie pionierskie podejście, czerpie z niego inspirację. Dzięki temu czytelnik odbiera Kapuścińskiego jako Herodota naszych czasów, mimo całkiem innych warunków, mają wiele wspólnych cech.

Nie chcę pisać tu rozległych streszczeń książek, myślę, że te da się znaleźć gdzieś w przepastnych głębiach Internetu, z resztą, to nie lektura szkolna, żeby wysługiwać się brykiem. Warto wymienione książki przeczytać samodzielnie od początku do końca. Pozwalają zrozumieć nieco większą cząstkę świata, zapamiętać kilka ciekawych historii, zabierają czytelnika w niskobudżetową podróż po dalekich krajach, a co więcej, po odległych czasach. Przede wszystkim jednak, szczególnie „Podróże z Herodotem” wzbudziły we mnie ogromną żądzę podróży. Podróży jakiejkolwiek, pozwalającej poznać nowe miejsca, nowe klimaty, nowych ludzi i ich nudne, ale wyjątkowe historie. Zachęciły, żeby stać się reporterem na własne potrzeby, zwracać uwagę na detale, poznawać więcej niż zwykły turysta. Podróż taka nie musi być usłana różami, dopięta na ostatni guzik, dokładnie zaplanowana, spędzona w wygodnych hotelach czy pensjonatach, wygodnych fotelach pociągów czy samolotów. Podróż i poznawanie świata za wszelką cenę, a równocześnie podróż daleka od tych z rodzaju „naćpać się i najebać”, tylko w innym niż zwykle miejscu. Mam nadzieję, że do czasu letniego urlopu zapał mi nie przejdzie, a spędzony w drodze czas będzie tak udany, jak wycieczka po Europie i równie godny pozazdroszczenia.

czwartek, 18 listopada 2010

Zakaz palenia

Od poniedziałku obowiązuje nowa ustawa znacznie ograniczająca możliwość palenia tytoniu. W Sieci dwie strony, zwolennicy i przeciwnicy wprowadzonych zakazów, zawzięcie kruszą kopie. Co ciekawe granica między nimi nie przebiega wcale między niepalącymi a miłośnikami dymu. Wśród przeciwników ustawy znalazło się wielu niepalących, dla których wolność gospodarcza, a więc i umożliwianie palenia tytoniu na terenie własnego przedsiębiorstwa, jest ważniejsza niż osobiste podejście do dymu. Oczywiście są też tacy, którzy choć sami palą, godzą się z zakazem i widzą jego plusy.

W przypadku tej ustawy wydaje mi się, że władza chciała być zbyt „europejska” i bezmyślnie skopiowano rozwiązania z innych krajów. Państwo staje w rozkroku z jednej strony walcząc z paleniem, a z drugiej czerpiąc ogromne przychody z tytułu akcyzy. O ile mało kto sprzeciwia się obowiązywaniu ustawy na przystankach, w szkołach czy zakładach pracy, to dyskusja o paleniu w knajpach rozgrzewa atmosferę do białości. Co niektórzy wspominają jeszcze o problematycznym zakazie w pociągach, którymi nieraz podróżuje się kilkanaście godzin.

Argumenty pojawiają się różne. Niektórzy dym traktują niemal jak iperyt, którym palacze niszczą ich zdrowie, inni odwołują się tylko do smrodu, którego nie tolerują. Dla jeszcze innych nie do zniesienia jest to, że muszą wyprać ubranie. Są osoby, które cieszą się, że wreszcie będą mogły wyjść z domu. Aż strach pomyśleć co będzie się działo, gdy wylegną ze swoich nor w przepoconych podkoszulkach i wyciągniętych swetrach, których teraz nie będą musieli prać. Z drugiej strony pojawia się obrona status quo, do którego wszyscy przywykli, twierdzenia, że większość w knajpach pali, a teraz ogranicza się ich swobodę. Obroty właścicieli mają spaść, ograniczane jest ich prawo własności. Przeciwnicy słusznie podnoszą, że mamy wolny rynek, miejsca z zakazem palenia funkcjonują (vide akcja „Lokal bez papierosa”), ale najwyraźniej nie potrzeba ich tak wielu, skoro stanowią mniejszość. Wytaczane jest ciekawe porównanie do muzyki - jeśli w danym miejscu mi się nie podoba, to do niego nie chodzę, a nie przymuszam właściciela do jej zmiany.

Oczywiście, jak to często z naszym prawem bywa, wylano dziecko z kąpielą. Zakazano palenia nawet w miejscach, gdzie przychodzili sami palacze, w zadymionych spelunkach, do których nikt nie trafia przez przypadek. Umożliwienie klientom palenia w knajpie jest kosztowne, do tego uciążliwe dla samych palaczy. A można było rozwiązać sprawę znacznie lepiej, godząc obie strony barykady. Pomysłów zapewne pojawiłoby się wiele. To, co mi przychodzi na myśl, to mądre złagodzenie restrykcji. Wystarczyło wprowadzić przymus rozdziału miejsc w lokalach o większej powierzchni. Nie wiem, czy powinno być to 50 czy 100 m2, ale dało by się znaleźć tutaj odpowiednią wielkość. W takich lokalach powinno dać się spędzić czas i podejść do baru bez kontaktu z dymem. Po co ograniczać sprzedaż w przestrzeni dla palących, skoro w lokalu jest kilka barów? Któryś mógłby być zlokalizowany w części dla palących. Ewentualny parkiet i oczywiście toalety, musiałyby znajdować się w części dla niepalących. Czy ktoś by na tym ucierpiał? W przypadku mniejszych lokali, gdzie nie ma możliwości podziału, właściciel sam decydowałby o pozwoleniu na palenie. Choć niechętnie myślę o kolejnym polu koncesjonowania, to pozwolenie na prowadzenie lokalu bez papierosów mogłoby być po prostu tańsze. Wolny rynek wciąż by działał, a właściciele mieliby dodatkową zachętę do dbania o czyste powietrze. W przypadku pociągów, przewoźnik powinien mieć prawo stworzenia całego wagonu dla palących. Wystarczyło zastrzec jakiś stosunek czystych do zadymionych i problem byłby z głowy. Na długich trasach, gdzie wagonów jest więcej, dałoby się palić, a na krótszych nie ma takiej potrzeby. To pierwszy pomysł z brzegu, a na pewno dało by się wymyślić jeszcze lepsze rozwiązania. Niestety zabrakło chęci, a nieustanne patrzenie na słupki poparcia nie pozwoliło spojrzeć szerzej na problem.

środa, 20 października 2010

Zaproszenie z wytłumaczeniem

Ostatnio, nie wiedzieć czemu, nie ciągnie mnie, żeby pisywać na tym blogu. Może dlatego, że nie dzieje się nic bardzo ciekawego, a może moja wena wypaliła się w ciągu lata. Faktem jest, że w moim życiu trochę się zmieniło, mianowicie zatrudniłem się w krwiożerczej korporacji zwanej UBS. Póki co na nadmiar pracy nie mogę narzekać, ale może niedługo się zacznie. O UBS-ie pisać nie będę, bo wystarczy sobie pogooglać. Powiem tylko, że mieści się w Business Parku w Zabierzowie.

Niedawno zaliczyłem też pierwsze wesele wśród znajomych. Czy udane? Chyba tak, choć nie mam porównania. Pewne rzeczy potoczyć mogły się lepiej, ale wchodząc do kościoła nie stanąłem w płomieniach, więc nie ma co narzekać.

Na koniec winny jestem też usprawiedliwienia swojej marnej aktywności tutaj. Pisuję czasem na blogu Przekarykaturyzowany świat, choć może to za dużo powiedziane. Po prostu wrzucam tam śmieszne, ciekawe, interesujące, emocjonujące, zaskakujące, wstrząsające, porażające rzeczy znalezione w Sieci.