wtorek, 4 października 2011

Wolność słowa

Daleki jestem od zakazywania poruszania jakichkolwiek tematów, wyrażania swoich poglądów, nawet jeśli jest to poparcie dla idei nazistowskich, komunistycznych, czy nawet rasizmu. Jeśli ktoś pisze, czy gada bzdury, po prostu trzeba go potraktować jak idiotę. Nie sądziłem jednak, że „pożyteczni idioci”, żeby zacytować klasyka, idą tak daleko.

Przypadkiem natrafiłem na stronę Władza Rad i w pierwszej chwili nie byłem pewien, czy traktować ją poważnie, czy ktoś robi sobie jaja w stylu Wielkiej Rzeczpospolitej. Wygląda jednak na to, że to nie jest tylko smutny żart. Dość przeczytać, że „Żelazny Feliks miał złote serce”, podczas gdy Marks, Engels, Lenin i Trocki spoglądają na nas z górnej krawędzi strony. Dowiedzieć się też możemy co nieco o „bandytach i zbrodniarzach z WiN i NSZ”. Więcej szukać mi się nie chce, bo albo trafia się na wierutne bzdury, albo pomyje, za które na żywo autor powinien dostać w mordę.

niedziela, 31 lipca 2011

„Lengyel, magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát

Wyprawa na Węgry udała się niemal perfekcyjnie. Zrealizowałem swój plan zwiedzania prawie w stu procentach. Jazda stopem też okazała się generalnie sukcesem. Problemy były właściwie tylko pierwszego dnia, gdy ledwie udało mi się dotrzeć do Chyżnego. Później było tylko lepiej i lepiej.

Nie wiem na ile uda mi się stworzyć blogową relację ze swojej podróży, bo przyznam szczerze, że trochę szkoda mi czasu. W podróży prowadziłem dziennik, a zapiski z 18 dni zajęły w sumie 60 stron, z grubsza licząc jakieś 10000 słów. Nie wiem na ile będzie to ciekawe dla innych, bo starałem się zapisywać wszystko, co miało jakiś wpływ na moją podróż, wszystko co robiłem, co widziałem i jak podróżowałem. Do tego publikacja postów na blogu wymaga na pewno trochę pracy redakcyjnej, bo na papierze stylem zbytnio się nie przejmowałem, przede wszystkim chciałem zachować treść, a nie formę. Z pewnością klepania nie zacznę dziś wieczorem, ale może wkrótce spotkają się ze sobą w czasie brak ciekawszych zajęć i zapał do publikacji.

Teraz ograniczę się do ogólnego komentarza. Jazda stopem na niezbyt duże odległości sprawdza się rewelacyjnie. Wszystkie swoje podróże zamknąłem w kilku godzinach, oczywiście wyłączając pierwszy, deszczowy dzień. Nawet powrót z Bratysławy trwał ok. 10 godzin, w tym godzina zmarnowana przez ulewę w Żylinie, a później jeszcze szukanie właściwego punktu dla autostopowicza, a trasa miała ponad 400km. Najgorsze były przypadki, gdy na właściwe miejsce musiałem dojść kilka kilometrów. Pół godziny w pełnym słońcu, z ciężkim plecakiem, to nie jest najprzyjemniejsza część wakacji. Jednym z błędów, które popełniłem był dobór trasy z Debrecena do Szegedu. Zamiast wybrać autostradę i nadłożyć trochę drogi, ale mieć niemal pewność co do możliwości zdobycia transportu, zdecydowałem się na zwykłą drogę krajową, prowadzącą przez wioski i miasteczka. O ile pierwszy etap poszedł dość gładko, tak później zaczęły się schody, a to z powodu bardzo słabego ruchu. I tak skuteczność w takich warunkach miałem niezłą, bo ani razu nie czekałem bardzo długo, ale gdyby nie wyjątkowo szczęśliwy zbieg okoliczności, pewnie do Szegedu dojechałbym autobusem. Alternatywą był jeszcze pociąg, gdybym dotarł do Bekescsaby.

Jeszcze większym powodzeniem okazał się couchsurfing. Gościnność, szczodrość i otwartość moich gospodarzy znacznie przekroczyły moje wyobrażenia, czy oczekiwania. Wiadomo, niektórzy starali się bardziej, niektórzy byli milsi od innych, z niektórymi po prostu łatwiej znajdowałem wspólny język, ale każdemu bez wyjątku jestem wdzięczny i każdą z osób na pewno chętnie ugoszczę w Krakowie, jeśli będzie taka możliwość i potrzeba. CS okazał się nie tylko darmowym noclegiem, ale przede wszystkim darmową kopalnią przyjaznych osób. Będę starał się choć odrobinę pielęgnować te znajomości, bo praktycznie każda ze spotkanych osób była warta uwagi i poświęcenia czasu. Polecam couchsurfing w każdym możliwym przejawie. To doskonała szansa na poznawanie nowych ludzi, podróżowanie i dzielenie się z innymi tym, czym dysponujemy najlepszym.

niedziela, 3 lipca 2011

W drogę!

Na szczęście nie zabrakło mi determinacji. Mimo braku towarzystwa, wyprawa jest już pewna i w zdecydowanej większości zaplanowana. Trasa co prawda została nieco skrócona, po części z niechęci do podejmowania ryzyka — im więcej drogi, tym łatwiej gdzieś utknąć — a po części z woli poświecenia więcej czasu na zwiedzanie. Stwierdziłem, że nie ma sensu pchać się do Rumunii, czy nad Morze Czarne, lepiej dokładniej zobaczyć Węgry.

Plan na najbliższe 2,5 tygodnia, to Koszyce, Miskolc, Eger, Debrecen, Szeged, Balaton, Budapeszt i Bratysława. I tak chyba całkiem nieźle. Fantastyczną pomocą okazał się couchsurfing. Mimo tylko kilku zaakceptowanych próśb o przenocowanie, prawie każda dotyczy innego miasta. Dzięki temu tylko w Koszycach będę musiał przenocować na kempingu, ale zapewne i to będzie miało swoje plusy. W Bratysławie też nie znalazł się nikt z couchsurfingu, ale dłoń wyciągnęli do mnie Lucas i Luna – znajomi z Erasmusa. Jutro czekają mnie jeszcze duże zakupy, i we wtorek rano wyruszam na trasę.

Oczywiście CS to nie tylko darmowe spanie. To przede wszystkim okazja do spotkania zwykłych mieszkańców, choć z pewnością należących do bardziej otwartej części społeczeństwa. Możliwość poznania lokalnej specyfiki i ciekawych miejsc, do których sam bym nie trafił. Jeśli dołożyć do tego podróże stopem, mam nadzieję na poznanie kraju od strony niedostępnej dla zwykłego turysty. Zobaczymy na ile uda mi się przeprowadzić relację z podróży. Oczywiście z poślizgiem, ale może znajdę dość czasu, żeby notatki z trasy wklepać na klawiaturze, a co więcej trochę je zredagować.

Czas kończyć, czeka mnie teraz żmudne wklepywanie w nawigację dobrych miejsc do łapania stopa. Stay tuned!

wtorek, 31 maja 2011

Modlitwa Polaka

Gdy wieczorne zgasną zorze,
zanim głowę do snu złożę,
modlitwę moją zanoszę,
Bogu Ojcu i Synowi.
Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
tylko mu dosrajcie, proszę!
Kto ja jestem?
Polak mały! Mały, zawistny i podły!
Jaki znak mój? Krwawe gały!
Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!
Zniszczcie tego skurwysyna!
Mego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!
Żeby mu okradli garaż,
żeby go zdradzała stara,
żeby mu spalili sklep,
żeby dostał cegłą w łeb,
żeby mu się córka z czarnym
i w ogóle, żeby miał marnie!
Żeby miał AIDS-a i raka,
oto modlitwa Polaka!


Niedawno zafascynowałem się „Dniem Świra”. Kiedyś co prawda oglądałem ten film, ale ani dobrze do mnie nie trafił, ani go dobrze nie zapamiętałem. Powtórka okazała się strzałem w dziesiątkę. Za każdym razem, kiedy go oglądam, podoba mi się bardziej. Coraz bardziej doceniam głębokie przesłanie tej rzekomej komedii.

W Adasiu każdy znajdzie kawałek siebie. Jednego męczą „kwoki” w pociągu, inny ma pewnie matkę, która mówi tylko o zupie pomidorowej. Ktoś mierzy kawę co do ziarenka, albo miesza siedem razy. A może nieco poważniej, jest niezadowolony z pracy, wydaje mu się, że zmarnował życie, ucieka przed miłością, kiedy ta wyciąga do niego rękę? Może chce do czegoś dojść, ale na przeszkodzie stają mu absolutne drobnostki, którymi nie należy się przejmować? Wymieniać można długo, w każdej minucie można dopatrzeć się ciekawego symbolu, albo kawałka swojego życia. Cudne!

czwartek, 28 kwietnia 2011

Świeżości

Niestety dawno tutaj nie pisałem, ale powodów jest kilka. Najważniejszym jest rozpoczęty pamiętnik, w którym zapisuję to, co pisywałem tutaj i trochę więcej. Dlaczego zmieniłem platformę? Po pierwsze tam nie muszę dbać o stylistykę czy gramatykę, nie zastanawiam się nad kolejnymi zdaniami, kompozycją itd. Piszę długopisem na papierze, więc usuwać się nic nie da. Dzięki temu skupiam się na treści, a nie na formie. Poza tym zapisuję rzeczy, których nie chcę zapomnieć, a które niekoniecznie mogą być interesujące dla kogokolwiek innego. Dobry żart, ciekawy pomysł, abstrakcyjną koncepcję albo opis meczu.

Chcąc zaktualizować swoją publiczny wizerunek, muszę wspomnieć o kilku rzeczach. Po pierwsze - sezon w Redboksie. Niestety sezon fatalny - 6 porażek, 1 zwycięstwo, do tego dziś walkower. Mamy minimalne szanse na utrzymanie. Rozłożyła nas kontuzja Czemka, ogólny spadek formy, indywidualne błędy, brak zawziętości i zapału. Nawet „ostatnia nadzieja UBS-u” jest w znacznie słabszej formie niż w poprzednich rozgrywkach. Mimo kilku niezłych wzmocnień, drużyna gra coraz gorzej i gorzej. Aż żal patrzeć. Morale nie tyle spadło, co już zapomnieliśmy jak wyglądało. Więcej żenady na stronie rozgrywek.

Drugi fakt, którym warto się podzielić, to udział w kursie szybkiego czytania. Mam za sobą 4 z 8 zajęć — na razie nie ma cudów, ale pewne efekty widać. Myślę, że będę się rozwijał jeszcze po zakończeniu kursu. Na razie największy problem stanowi zrozumienie tekstu, ale podobno ma to przyjść z czasem — jeszcze wierzę. Przy okazji kursu, nauczyłem się żonglować. Jeszcze nie idzie mi to świetnie, ale z każdym dniem jest coraz lepiej. Kiedyś już o tym myślałem, ale brakowało mi porządnej do tego motywacji. Żonglowanie ma poszerzać pole widzenia, co jest przydatne podczas szybkiego czytania. Na razie doskonalę zwykłe żonglowanie trzema piłkami, z czasem przyjdzie czas na udziwnienia, albo więcej kulek.

W obliczu mojego intensywniejszego czytelnictwa ostatnimi czasy, umiejętność szybkiego czytania powinna okazać się przydatna. Przy tej okazji mogę przynajmniej wymienić, co ostatnio padło moim łupem — „Żar - oddech Afryki” Dariusza Rosiaka, niezbyt udana „Żmija” Sapkowskiego, „Wyprawa Kon-Tiki” Thora Heyerdahla, a wcześniej „Short story of nearly everything” i „Dotknięcie pustki”, o których chyba jeszcze tu nie wspominałem. Do tego pierwsza część „Fausta”, a dziś rozpocząłem walkę z częścią drugą. Jeśli chodzi o opinie, to po prostu ich za dużo — zapraszam do rozmowy twarzą w twarz.

Niedawno udało mi się po raz pierwszy wybrać na wspinanie plenerowe. Chociaż od lat (z przerwami) wspinam się na sztucznej ścianie, to nigdy nie miałem okazji spróbować prawdziwych skał. Były to co prawda baldy — niskie, ale dość trudne trasy, ale i tak było nieźle. Poznałem jak bolą zdzierane piaskowcem dłonie, jak niesamowite drogi potrafią robić lepsi ode mnie, a do tego spędziłem sobotę na świeżym powietrzu.

Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował, to jesteśmy w trakcie cyklu czterech meczów Realu i Barcelony. Pierwszy, ligowy zakończył się remisem po karnych dla obu stron i sądzę, że nie do końca zasłużonej czerwonej dla Albiola. Drugi, finał Copa del Rey to zwycięstwo Realu po dogrywce i golu Cristiano Ronaldo z główki. Dziś, po znacznie bardziej kontrowersyjnej decyzji arbitra, wyrzucony został Pepe — najlepszy zawodnik na przestrzeni ostatnich 270 minut Gran Derbi. W dziesiątkę Real stracił dwa gole i w obliczu absencji Pepe i Ramosa w rewanżu, właściwie pożegnał się z nadziejami na finał Ligi Mistrzów. Królewscy nie wykorzystali dobrej okazji tym bardziej, że zabrakło kontuzjowanych Iniesty, Abidala, Maxwella i Adriano. Nie zabrakło natomiast występów znanej pary komików Sergio i Pedro.

Po kilku latach wybierania się, w poniedziałek wreszcie udało mi się dotrzeć na stadion Włókniarza. Dotychczas ilekroć chciałem wybrać się na mecz, to nie pasowała mi godzina, bo musiałem wracać już do Krakowa. Tym razem było inaczej i byłem świadkiem pierwszego zwycięstwa Biało–Zielonych w tym sezonie. Szkoda tylko, że pokonanym była słaba Unia Tarnów, z Ułamkiem w składzie, który wywrócił się na w pierwszym swoim wyścigu i później jeździł znacznie poniżej swoich możliwości. Tak czy siak, po raz kolejny przyniosłem naszym żużlowcom szczęście. Byłem w życiu na trzech meczach ligowych i wszystkie wygraliśmy, w tym pamiętny decydujący pojedynek z Apatorem w 2003 (?) roku. Do tego dołożyłem IMP, w których wygrał jeżdżący wtedy w Częstochowie Walasek, a trzeci był Holta. Włókniarzy przedzielił wtedy tylko Jarosław Hampel.

Po krótce tyle nowego.