Polska pralnia mózgów
Adres nie wymagający dłuższego komentarza. Nie chce mi się osadzać tutaj filmików, więc daję tylko linka zewnętrznego. Nasuwa mi się tylko jedno zdanie: PiS polską pralnią mózgów. Komentarz na podanej stronie bardzo trafny.
Moje życie, ciekawostki i opinie.
Adres nie wymagający dłuższego komentarza. Nie chce mi się osadzać tutaj filmików, więc daję tylko linka zewnętrznego. Nasuwa mi się tylko jedno zdanie: PiS polską pralnią mózgów. Komentarz na podanej stronie bardzo trafny.
Wczoraj na naszej uczelni zorganizowano dzień chiński. Nie działo się niestety zbyt wiele, ale była dobra okazja aby poznać nieco chińskich potraw. Niby w Polsce są chińskie restauracje, ale nie wiem, czy potrawy tam serwowane, są rzeczywiście tego pochodzenia.
Było dość rozmaicie, choć niewygodnie. Doskwierał brak stolików, papierowe talerze i plastikowe widelce. O nożach można było zapomnieć. Wybór potraw dość spory. Zaczęło się od makaronu, który smakował jak z chińskiej zupki, ryżu (całkiem normalnego), kawałków kurczaka w panierce czy też cieście (trudno stwierdzić) i maleńkich naleśników z mięsem i grzybami (chyba). Wszystko całkiem smaczne, szczególnie wspomniane naleśniki. Na drugi ogień poszła świetna surówka, mięsno–warzywne kulki, „beef cake”. Zaskoczyły mnie też placki ziemniaczane, identyczne jak w Polsce. Przed deserem przyszedł jeszcze czas na sushi. Przyznam, że nieco się go obawiałem, ale stwierdziłem, że mnie nie zabije. Przygotowałem zagrychę, jakby okazało się obrzydliwe i ruszyłem do walki. Mile zaskoczony byłem faktem, że nie ma tam surowej ryby. Dotychczas byłem przekonany, że to nieodłączny element tej potrawy. To było zrobione m.in. ze smażonego jajka pokrojonego w paski, papryki, usmażonego mięsa mielonego, a owinięte ryżem i "skórą" z wysuszonych (może stąd nazwa ;)) i sprasowanych glonów. Smak – bez rewelacji. Dziwny zapach za sprawą glonów, sam smak mało charakterystyczny. Może to sushi było słabe, ale nie rozumiem ludzi zachwycających się tą potrawą. Znam wiele znacznie lepszych. Rozczarowaniem okazała się też chińska herbata. Zwykła słaba czarna herbata. Oczekiwałem czegoś znacznie lepszego.
Następnie przyszedł czas na desery. Te były bardzo udane. Świetne ciasta, „moon cake”, dziwne rurki z kruchego ciasta, nieco owoców. Wszystko bardzo smaczne. Była też okazja spróbować sake – 56-procentowej wódki ryżowej. Przyznam, że smak ma ciekawy, choć nie chciałbym się tym upić. W większych ilościach nie byłbym w stanie jej pić.
Imprezę, jeśli można tak to nazwać, należy uznać za udaną. Dobrze wydane 30 koron - sporo ciekawego jedzenia. Z początku jadłem skromnie, ale później okazało się, że potraw jest znacznie za dużo, więc można było jeść do woli. Brakowało jakichś innych atrakcji. Chińczycy powinni wykorzystać tę okazję, aby propagować swoją kulturę, a nie tylko kuchnię.
Temat tego posta jest nieco błahy, jednak poczułem ochotę opisania wczorajszej kolacji. Kolacja nie taka zwykła, bo na zaproszenie prowadzących, a to dzięki wizycie polskiego doktora z rzeszowskiej Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania. Stwierdzili, że będzie mu raźniej, jeśli obecny będzie ktoś mówiący po polsku i dlatego otrzymałem zaproszenie. Okoliczności może nie napawające dumą czy chwałą, ale za to świetna okazja aby poznać nieco bliżej Duńczyków. Dzięki temu zdobyłem trochę mało istotnych, ale ciekawych informacji, a i relacje z prowadzącymi na pewno się poprawiły.
Na początek kwestie bardziej przyziemne, a więc oprawa samej kolacji. Wybierając się na miejsce, niestety oddalone o pół godziny od akademika, sądziłem, że będzie to jakaś większa kolacja z władzami uczelni, tym bardziej, że nie wiedziałem z jakiego powodu gość z Polski przybył. Tymczasem okazało się, że było nas tylko pięcioro: ja, dr Pancerz, moi prowadzący Bent i Anne-Mette oraz wykładowca z sąsiedniego uniwersytetu, którego imienia i nazwiska oczywiście nie zapamiętałem, ba, nawet wyraźnie nie usłyszałem. Restauracja chyba przeciętna, zważywszy na wystrój, papierowe obrusy przykrywające właściwe, materiałowe i ceny potraw chyba niewygórowane, oczywiście jak na warunki duńskie. Ponieważ to nie ja płaciłem, mogłem skupić się na lewej stronie menu. Ofiarą moją padł "steak au poivre" wyposażony w warzywa, m.in. szparagi oraz śmiesznie podany ziemniak. Wspomnianego ziemniaka potraktowano dość dziwnie. Wyglądał na ugotowany w mundurku, a może upieczony, owinięty był folią aluminiową, przekrojony do połowy, ozdobiony odrobiną sosu czosnkowego (o ile pamiętam) i z zatkniętą łyżeczką w środku. Tyle ciekawy, co niewygodny w jedzeniu. Do tego przed posiłkiem podano nam czerwone półwytrawne wino, dobre na tyle, że musiałem się powstrzymywać, żeby zostało coś do posiłku. Niestety już przy wyborze dania gość z Polski dał przykład jak nasz kraj, a właściwie warunki w jakich żyjemy nas ograniczają. O ile ja w miarę szybko zacząłem czuć się swobodnie (szkoda sobie wstydu narobić, więc nie było wyjścia), to przybyły doktor nie bardzo wiedział co robić, co wybrać, ani jak zamówić. Swoje robiły też problemy językowe, pokazując, że angielski nadal jest dla nas dużym problemem, który dotyka nawet środowiska akademickie.
O jedzeniu tyle, czas na wspomniane mało przydatne, acz ciekawe informacje. Chaosu uniknąć chyba nie zdołam, więc spróbuję zasłyszane fakty wymieniać w punktach, bez zbędnego ubierania w nic nieznaczące słowa.
Tyle ciekawostek, może sobie jeszcze coś przypomnę.
Tagi: Dania
Firefox zajmuje dużo pamięci operacyjnej. Po kilkudziesięciu minutach przeglądania stron potrafi spaść się do niemal 200MB (w moim przypadku). Przy 512MB, którymi aktualnie dysponuję i potrzebie uruchamiania kilku innych aplikacji, jak choćby Thunderbird, Miranda, Winamp, czy ostatnio NetBeans (szczególnie zasobożerny, jako że oparty na Javie), jest to bardzo irytujące, w dodatku często prowadzi do zawieszania się przeglądarki, w przypadku gdy za dużo od niej wymagam. Postanowiłem coś na to poradzić i jak zwykle zapytałem Google co sądzi na ten temat. Już pierwsza odwiedzona przeze mnie strona zawierała dokładnie to czego potrzebowałem.
Doskonałym sposobem na ograniczenie zużycia pamięci RAM przez Firefoksa jest – niczym tajne hasło w grach – dodanie jednej zmiennej do konfiguracji naszego liska. Jak to zrobić? Bardzo prosto! Sprowadza się to do czterech kroków:
Po tym drobnym zabiegu w momencie minimalizacji Firefox zrzucany jest do pliku wymiany i zajmuje nam tylko 10MB. Jednak to nie jest najlepsze część. Po jego przywróceniu, które o dziwo nie ma żadnego zauważalnego spowolnienia, zamiast wcześniejszych 200MB, zajmuje tylko ok. 60MB (oczywiście w mojej konfiguracji). Widać więc, że płyną z tego same korzyści.
Sposób ten można też zastosować w Thunderbirdzie - wtedy zminimalizowany zajmuje zaledwie 3MB! Problemem może okazać się jedynie znalezienie strony about:config. Nie grzebiąc w Internecie poradziłem sobie z tym, ustawiając ją jako startową i restartując Thunderbirda. Dalsze czynności są identyczne. Życzę szybszego surfowania!
Dziś miała miejsce warszawska konwencja PiSu. Oczywiście wystąpił na niej nasz ulubiony premier, który łaskawie podzielił się z nami swoimi przemyśleniami. Dowiedzieliśmy się, że "w Warszawie mamy do czynienia z eksperymentem", jakim jest lokalna koalicja PO i LiDu. Ta sytuacja ma być obrazem współpracy na szczeblu krajowym. Czyżby premier podświadomie czuł, że zostanie od władzy odsunięty? Osobiście pewności nie mam.
Jarosław Kaczyński oburzył się, że PiS jest kontrolowany przez media, a opozycja nie. Sytuacja rzeczywiście niepokojąca. Przecież publiczne media, pozostające na usługach rządu, powinny kontrolować inne partie bardzo dokładnie i szukać haków przynajmniej z takim zapałem jak robi to prokuratura. Niestety "ten ważny mechanizm kontroli nie funkcjonuje w Warszawie. Gdzie są te wielkie kampanie medialne przeciw temu, co wyprawia w Warszawie Platforma Obywatelska i LiD" - pytał. Wydaje mi się, że pytanie powinien kierować do prezesa Urbańskiego, albo przynajmniej pani Patrycji Koteckiej. Może minister Ziobro mógłby w tej sprawie z nią porozmawiać? Cała dysfunkcja mechanizmu medialnej kontroli jest "zagrożeniem dla demokracji", jak dodał premier. Swoją drogą polityk tak doświadczony jak Jarosław Kaczyński powinien być świadomy, że fundamentem demokracji jest trójpodział władzy i choć czwarta wspomaga trzy wcześniejsze, to one są przede wszystkim odpowiedzialne za funkcjonowanie tego ustroju. Parlament ma kontrolować rząd, nad wszystkim czuwać ma bezpartyjny, rozważny prezydent, a z boku wszystkiego pilnować ma władza sądownicza. Jak wygląda to dziś?
Premier przekonująco obalił też twierdzenia PO, która od dwóch lat prowadzić ma bezprecedensowo agresywną kampanię, w której zarzuca PiSowi zawłaszczanie państwa (rzeczywiście musi być niesamowicie agresywna, skoro przebija prezydencką, z dziadkami w Wermahcie). Powiedział: "-Nie będę polemizował z tymi nieprawdziwymi stwierdzeniami." Po prostu geniusz retoryki! Z wielką łatwością i gracją odbija tak ciężkie zarzuty. Jak każdy prawdziwy wojownik, od razu przeszedł do kontrataku: "Chciałbym zwrócić uwagę na to, co dzieje się w Warszawie. Każdy może przytoczyć mnóstwo przykładów, że nie ma żadnego powstrzymywania się. Mamy tu z działaniami intensywnymi, przypisywanymi nam." Oczywiście premier nie jest "każdym", więc przykładów nie przytoczył. Ciągnął jednak dalej: "Tendencja do przejmowania i dzielenia się tortem w sposób nieuprawniony jest dla PO i jej sojusznika niezwykle wręcz silna." Rzeczywiście, bezprawnie zajmują stanowiska nie dopuszczając Prawa i Sprawiedliwości do koryta.
Najlepsze pojawia się jednak na końcu. Zastanawiam się dlaczego piszę tego posta, ponieważ najprawdopodobniej wszystkie zawarte tu informacje są nieprawdziwe. Konwencji prawdopodobnie nie było. Skąd taki wniosek? Premier, którego przecież nie powinniśmy podejrzewać o kłamstwa czy manipulacje, powiedział, że "prawda w życiu publicznym została zachwiana od samego początku, od 1989 roku." Szkoda, że zaczął o tym mówić dopiero teraz, a najwcześniej dopiero po wyborach. Wcześniej kłamliwa była co najwyżej "Trybuna", z czym akurat nie ma sensu polemizować. Jednak premier idzie dalej: "W ostatnich latach zmiana na gorsze nastąpiła wręcz radykalna. Nie ma żadnego związku miedzy relacjami w mediach a faktami." Stąd mój wniosek, że spędziliście ostatnie kilka minut, na czytaniu bredni, wymysłów mediów, które żadnego związku z prawdą nie mają. Dodatkowo musiały się one zmówić, bo wszystkie piszą mniej więcej to samo. Mózgiem operacji był chyba PAP, bo nawet na oficjalnej stronie PiSu opierano się na notatce PAPu. Pozostaje jednak tytułowy paradoks kłamcy. Skoro media nikczemnie włożyły w usta premiera te słowa, które nie mają żadnego związku z faktami, to w końcu mówią prawdę, czy nie?