sobota, 25 października 2008

Eurotrip cz.IV

Znowu długa przerwa między postami, ale takie życie. Tylko czasami występuje kombinacja chęci i wolnego czasu. Obiecałem sobie, że skończę opisywać naszą wyprawę i mam zamiar doprowadzić to do końca. Może nawet dziś.

Jak już pisałem, Hiszpania przywitała nas drogami znacznie trudniejszymi niż dotychczasowe. Liczne serpentyny, przez które musiałem prowadzić były nawet ciekawe i cieszyłem się, że to mi przyszło przewozić nas przez Pireneje. Przed południem dojechaliśmy do Madrytu i zaczęły się poszukiwania wybranego kempingu.

Okazało się to nie tak proste jak powinno. Adres jakim dysponowaliśmy nie dał się jednoznacznie znaleźć na mapie, a Hiszpanie i angielski rzadko idą ze sobą w parze. W dodatku nikogo nie było na ulicach i tylko dzięki szczęśliwemu trafowi udało nam się znaleźć niezabezpieczoną sieć bezprzewodową i dokładnie określić położenie naszego celu. Kiedy wreszcie dotarliśmy na miejsce, okazało się, że kempingi hiszpańskie różnią się od holenderskich czy francuskich – na ziemi nie było nawet wspomnienia trawy, a wbicie szpilek od namiotu w podłoże okazało się zadaniem bardzo wymagającym, niemal niemożliwym. Mimo to jakoś sobie poradziliśmy i czym prędzej udaliśmy się odpocząć w basenie. Po odpoczynku zdecydowaliśmy się odwiedzić stadion Santiago Bernabeu, który, oczywiście, robi lepsze wrażenie niż zaplute Camp Nou. Za to Barcelona ma trochę lepsze muzeum.

Następnego dnia zebraliśmy się z kempingu, zaparkowaliśmy w centrum Madrytu i poszliśmy zwiedzić największe hiszpańskie muzeum – Prado. Po raz kolejny zostaliśmy przygnieceni liczbą dzieł. Zbiór utrzymany jest w innym stylu, niż dotychczas przez nas odwiedzane. Wystawianych jest tam oczywiście wiele obrazów artystów hiszpańskich – Goya, Velazquez, El Greco, ale też artystów z innych krajów. Zobaczyć można obrazy Rembrandta, Rubensa, w tym ogromną salę z płótnami obrazującymi wydarzenia z życia Marii Medycejskiej, czy Raphaela. W muzeum nie można robić zdjęć. Z jednej strony jest to zaleta – tłumy Japończyków nie kłębią się przy ciekawszych obrazach utrudniając ich obejrzenie, jak choćby przy Gioccondzie w Luwrze, ale z drugiej strony znacznie szybciej zapomina się wizytę.

Wiele więcej nie zwiedziliśmy – ogród botaniczny, pałac królewski, coś na kształt rynku. Co zaskakujące, o północy nie działo się w stolicy prawie nic. W tej sytuacji poszliśmy przespać się chwilę w samochodzie, aby o 2 w nocy wyruszyć do Almerii. Zdążyła nam się jednak przydarzyć jeszcze jedna przygoda.

Kiedy już się obudziliśmy, zajęliśmy właściwe nam miejsca i mieliśmy odpalać samochód, nagle podjechał do nas pomarańczowy Peugeot, a na jego dachu momentalnie pojawił się niebieski „kogut”. Wysiedli z niego tajniacy, błysnęli blachami, a kiedy zorientowali się, że jesteśmy obcokrajowcami, łamaną angielszczyzną zapytali, czy śpimy w tym miejscu. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że właśnie wyjeżdżamy do Almerii, a jeden z nas śpi, bo będzie prowadził następny. Ktoś musiał wezwać policję. Może wzięli nas za nielegalnych imigrantów, może spanie w samochodzie jest zabronione prawem. Nie wiem czy wynikłyby z tego jakieś kłopoty, ale spóźnili się o jakieś 5 minut.

Droga do Almerii przebiegła dość gładko, a tam spotkaliśmy się z Juanem. Powitał nas zabierając na przepyszne churros z gęstą czekoladą. Następnie oprowadził nieco po mieście i zabrał do swojej letniej rezydencji w Retamar. Po odświeżeniu się i odpoczynku w basenie, pojechaliśmy zobaczyć okoliczne zapierające dech widoki, których niestety nie uwieczniliśmy. Resztę popołudnia spędziliśmy na plaży w San Jose.

Wieczorem pojechaliśmy z powrotem do Almerii na tapas – przekąski dodawane do piwa. Zazwyczaj są to malutkie posiłki, ale w knajpce, do której zabrał nas Juan, były warte znacznie więcej niż podawane cieniutkie piwo San Miguel. Kiedy już pojedliśmy, poszliśmy do innego baru obejrzeć katastrofalną porażkę Wisły w Barcelonie.

Następnego dnia, z powodów rodzinnych, musieliśmy przenieść się na kemping. W okolicy były dwa, jak się później okazało, oba zajęte. W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem było rozbicie się na plaży. Tam, obijając się, kąpiąc w morzu i słońcu, spędziliśmy kolejne trzy piękne i powolne dni. Po pierwszej nocy zajęliśmy strategiczne miejsce przy skale dającej trochę cienia, co, po nadużyciu słońca, okazało się zbawienne. Budziliśmy się i zasypialiśmy z szumem morza, a jednego ranka udało mi się nawet zbudzić na wschód słońca. Niestety mocno się rozczarowałem.

W końcu nadszedł czas na opuszczenie tego małego raju. Ostatnie popołudnie na południu spędziliśmy u Juana, a wieczorem, po drobnym posiłku ruszyliśmy w trasę do Barcelony. Bez zbędnych, nieprzyjemnych przygód dotarliśmy do miasta, znaleźliśmy kemping i po chwili odpoczynku ruszyliśmy do miasta. Zaparkowaliśmy niedaleko Camp Nou, którego koniec końców nie odwiedziliśmy, ale blisko było stamtąd do metra. Pod ziemią dotarliśmy do centrum i na pierwszy ogień poszły dzieła chyba najwybitniejszego Katalończyka Antonio Gaudiego – Sagrada Familia i Park Güell. Dla mnie już nie nowość, ale robi ogromne wrażenie, zwłaszcza, że tym razem wszedłem do środka tej monstrualnej budowli. Chyba nie jest to najlepsze miejsce, żeby zagłębiać się w szczegóły, ale naprawdę zachęcam do zapoznania się z dorobkiem tego fantastycznego i właściwie jedynego w swoim rodzaju architektonicznego geniusza.

Następnego dnia zostawiliśmy samochód niemal dokładnie w tym samym miejscu i zaczęliśmy błąkać się po mieście. Przeszliśmy popularne molo, odwiedziliśmy przyjemny park, gdzie spoczęliśmy na kilkadziesiąt minut, zobaczyliśmy niewielki łuk triumfalny, przespacerowaliśmy się słynną aleją Rambla, oglądając licznych mimów, artystów czy sportowców. Na koniec poszliśmy od mocno reklamowanego oceanarium. Bilet kosztował, o ile pamiętam, 20 euro i okazało się, że to najgorzej wydane pieniądze przez cały wyjazd. 15 akwariów z różnymi rybami, po wizycie w Esbjerg Aquarium, nie zrobiło na mnie wrażenia. Jedynym punktem, dla którego warto było się tam pofatygować (oczywiście nie za tę cenę), były pingwiny.

Barcelona niejako zamykała naszą podróż. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w Monaco i w Wenecji. W Monaco nie udało nam się zagrać w kasynie, ale odwiedziliśmy wiele salonów i komisów samochodowych. Naoglądaliśmy się takich samochodów jak Bentley, Rolls-Royce, Aston Martin, Porsche, Ferrari, Lamborghini, a nawet Bugatti Veyron. W Wenecji trochę pobłądziliśmy i nawet nie dotarliśmy na Plac św. Marka, ale na lewo wpakowaliśmy się na przycumowany jacht i tam obserwowaliśmy Wenecję. W drodze przez Austrię i Słowację nieco pobłądziliśmy, przypadkiem wpakowaliśmy się w centrum Bratysławy, ale przynajmniej zobaczyliśmy trolejbusy. Około południa zajechaliśmy do Żywca i tak zakończyła się nasza podróż i moje wielostronicowe o niej opowiadanie.

wtorek, 16 września 2008

Eurotrip cz.III

Chociaż godzina dość późna, a mi kleją się oczy, postaram się opowiedzieć o kolejnym etapie naszej podróży. Jak pisałem już wcześniej, z Amsterdamu ruszyliśmy do Paryża. O ile dobrze pamiętam miałem wolne jako kierowca, więc z trasy zbyt wiele nie pamiętam.

Do Paryża, pod kemping w Lasku Bulońskim dotarliśmy przed świtem, a okazało się, że ten pole otwierane jest dopiero o 8. Zaparkowaliśmy więc przed bramą i ucięliśmy sobie drzemkę. Obudziła nas pracownica kempingu, która kazała nam odjechać, gdyż parkowaliśmy na zakazie. Równocześnie dowiedzieliśmy się, że pole namiotowe jest pełne i nici z naszego tam noclegu. Pokierowani zostaliśmy do drugiego kempingu, po drugiej stronie miasta, więc mieliśmy okazję przejechać się po Paryżu. Wtedy już ja byłem kierowcą i doświadczyłem niewątpliwego chaosu komunikacyjnego, choć jak na tak wielką metropolię, myślę, że i tak nie jest tam źle. Droga nasza przez jakiś czas prowadziła wzdłuż Sekwany, a dalej w kierunku na Disneyland. Na drugim kempingu na szczęście znalazło się dla nas miejsce. Zameldowaliśmy się, rozbiliśmy namiot i prawie byliśmy gotowi do drogi, ale „niektórzy” musieli odespać niewątpliwe trudy podróży jako pasażer. Cóż, wreszcie ruszyliśmy w kierunku centrum, a na pierwszy dzień zaplanowaliśmy zwiedzenie Luwru.

Luwrowi zdecydowanie należy się oddzielny akapit. Choć trudno opisać wszystko, ba, trudno w tej chwili nawet wszystko spamiętać, muzeum robi ogromne wrażenie. Chyba najmniej widowiskowe były eksponaty z Egiptu, właściwie w niczym nie przewyższające tych, zgromadzonych w krakowskim Muzeum Archeologicznym czy u „Czartoryskich”. Rewelacyjna była jedna z rzeźb, którą trudno byłoby zidentyfikować, gdyby nie była podpisana (nota bene, jak wszystko, tylko po francusku). Duże wrażenie robi kodeks Hammurabiego, nie jako sam obiekt, czy przedmiot, ale jako symbol historii, znany chyba każdemu, materializujący pierwsze uregulowane prawo. Inną sprawą jest jego treść, którą rozpoczyna artykuł czy paragraf, mówiący o tym, że osoba oskarżająca drugą o morderstwo, a nie mająca na to dowodów, sama podlega karze śmierci. Cóż, dura lex, sed lex. W dalszej podróży, bo tak chyba trzeba nazwać zwiedzanie tego molocha, zobaczyliśmy m.in. Wenus z Milo. Fakt, że jestem dyletantem, jeśli chodzi o rzeźbę, czy sztukę w ogóle, ale ten eksponat nie zrobił na mnie wrażenia. Kłębiły się przy nim tłumy, stoi niejako w wyróżnionym miejscu, ponoć jest nowatorska, miesza w sobie różne style, ale jak dla mnie nic specjalnego. Widziałem tam wiele figur, które podobały mi się znacznie bardziej. Znacznie lepsze wrażenie robi, też bardzo popularna, Nike z Samotraki, niestety jej też los nie sprzyjał i ząb czasu jest na niej wyraźnie widoczny. Po obejrzeniu chyba tysiąca rzeźb, przyszedł czas na malarstwo. I znów największy rarytas, najlepiej strzeżona, być może najcenniejsza w muzeum, Giocconda, okazała się niczym specjalnym. Powtarza się historia z Muzeum Czartoryskich, gdzie zdecydowanie wyróżniona "Dama z łasiczką" odstaje od fantastycznego, choć chyba jednego z mniej popularnych, obrazu Rembrandta "Krajobraz z Samarytaninem". Mona Lisa, jak dla mnie, jest przede wszystkim produktem medialnym. Nie bez znaczenia na pewno pozostaje osoba autora, który jest uznawany za jednego z największych geniuszy w historii. Wśród obrazów, które dobrze udało mi się zapamiętać jest dobrze znana "Wolność wiodąca lud na barykady" Eugene'a Delacroix, "Koronacja Napoleona" Davida, a także zimowy krajobraz, którego autora ani tytułu niestety nie udało mi się spamiętać. Mocne wrażenie robi też „mieszkanie” Napoleona III w jednym ze skrzydeł pałacu. Przepych pomieszczeń przyprawia niemal o zawrót głowy i zachęca do refleksji nad stylem życia tego i innych władców tamtego czasu. O Luwrze można pisać jeszcze znacznie dłużej, ale nie o to tutaj chodzi.

Mocno zmęczeni „spacerem”, zahaczając o żałosne Centre Pompidou, dotarliśmy pod katedrę Notre Dame i tam się rozdzieliliśmy. Wiaro i Smylek pojechali na kemping, a my we trójkę poszliśmy zobaczyć Panteon i pobliskie Ogrody Luksemburskie. Stamtąd, wpierw wypocząwszy na ławce przy pałacu, ruszyliśmy na kemping. Dowlekliśmy się do metra, przesiedliśmy się na inny pociąg, a dalej na styk zdążyliśmy na autobus. I tam niespodzianka! Smylek i Wiaro pobłądzili, uciekł im wcześniejszy bus i wszyscy razem wróciliśmy na kemping.

Drugi dzień, to na początek szukanie darmowego miejsca parkingowego w pobliżu jakiejkolwiek stacji metra, co nie jest zadaniem łatwym, Montmartre z niezłym widokiem, na, po prawdzie, niezbyt porywającą panoramę Paryża i przeciętną bazyliką Sacre Coeur. Dalej Musee D'Orsay w hali dawnego dworca, a w nim kolejna ogromna porcja obrazów, tym razem twórców bardziej współczesnych - Manet, Monet, Cezanne, Gauguin, chyba nieco mniej znany, ale bardzo dobry Sisley i chyba najważniejszy - Vincent Van Gogh. Do tego znany z Jasia Fasoli obraz "Matka Whistlera". Niestety ogólne wrażenie po wyjściu z muzeum nie było najwyższych lotów. Utwierdziłem się w przekonaniu, że impresjonizmu i pokrewnych kierunków do końca nie rozumiem. Podobały mi się prace kilku artystów, w tym, nie wiedzieć czemu, Van Gogha.

Reszta dnia to kolejny spacer, tym razem Champs Elysees, Łuk Triumfalny i Wieża Eiffela. Niestety próba wjazdu na górę spaliła na panewce. Nie tylko III piętro było nieczynne, ale nawet na drugie kolejka była chyba na 3 godziny stania. Zostało więc tylko usiąść pod stalową konstrukcją, pośpiewać i pograć na gitarze. Udało nam się też zobaczyć cogodzinny świetlny performance, który wygląda naprawdę fantastycznie.

Około 11 zebraliśmy manatki i pojechaliśmy do naszego czerwonego wehikułu, aby niemal równo o północy wyruszyć w kierunku Tuluzy, gdzie ugościć miała nas kuzynka Czemusia. Spędziliśmy tam bardzo miły dzień, potraktowani niemal jak najbliższa rodzina. Fantastyczny i przede wszystkim francuski obiad, z kolejnymi przystawkami, pieczenią w roli głównego dania, a przed samym, jak zwykle wieczornym, wyjazdem do Madrytu, wyżerka z grilla. Tam nabraliśmy trochę sił po wyczerpujących dwóch dniach w Paryżu, dzięki dostępowi do Internetu zaplanowaliśmy dokładnie wizytę w Madrycie, a ja po raz pierwszy spędziłem więcej niż 10 sekund przed francuską klawiaturą w układzie AZERTY. Pisze się na niej fatalnie, znaki interpunkcyjne są zupełnie inaczej ułożone niż u nas, cyfry pisze się z wciśniętym shiftem, a niektóre litery są pozamieniane. Francuzi we wszystkim muszą być inni. Ciekaw jestem, czy jest, tak jak w Polsce, układ klawiatury programisty.

Okolice Tuluzy, zgodnie z planem opuściliśmy po kolacji, a mi przyszło walczyć z hiszpańskimi serpentynami i remontami autostrad, na których nawigacja się gubiła. Ale to znów materiał na kolejny odcinek relacji, tymczasem czas iść spać.

sobota, 6 września 2008

Eurotrip cz.II

Ze zwłoką znacznie dłuższą niż planowałem, wracam do relacji z wyjazdu. W poprzednim poście zostawiłem nas w centrum Berlina, z którego wydostaliśmy się już bez nieprzyjemnych czy nawet śmiesznych sytuacji i ok. 14 ruszyliśmy w drogę.

Droga niestety nie okazała się do końca szczęśliwa. Z nieznanych nam do dziś powodów, bo nie było widać żadnych robót czy wypadku, trzypasmowa niemiecka autostrada była zakorkowana. W korku tym tkwiliśmy co najmniej dwie godziny, a później trafił się jeszcze jeden, choć nie tak czasochłonny. Z tego powodu do Amsterdamu dotarliśmy późnym wieczorem, ok. 23:30. Niestety Holandia przywitała nas deszczem.

Gwoli ścisłości wylądowaliśmy w miejscowości Uitdam, gdzie znajduje się kemping i marina. Nie mogąc znaleźć po ciemku kempingu, postanowiliśmy rozejrzeć się po okolicy. Szczęśliwie udało nam się znaleźć kogoś, kto jeszcze krzątał się po domu i zapytaliśmy o kemping. Holender nie tylko udzielił nam niezbędnych informacji, ale zaproponował rozbicie namiotu u niego w ogródku, jeśli pole namiotowe będzie zamknięte. Rzeczywiście zamknięte było, więc wróciliśmy do naszego nowego znajomego. Udostępnił nam nie tylko kawałek trawnika, gdzie stanęliśmy samochodem, ale też, z racji pogody, zrobił nam miejsce w swojej rupieciarni, gdzie rozłożyliśmy się z materacem i karimatami. Udostępnił nam też swoją łazienkę. Aby nie być dłużnymi, przynieśliśmy kilka Żubrów i zaczęliśmy gadać o wszystkim i niczym. Okazało się, że nasz gospodarz zajmuje się renowacją szaf grających. Jedną z nich, najwięcej wartą, pochodzącą z lat 60., miał w swoim domu jako eksponat. Nie ma między nami zgody co do tego, jaką szafa ta ma wartość - 14 czy 40 tys. euro.Maszyna robi wrażenie. Muzyka nagrana jest na ok. 200 winylowych płytach, a całość obsługiwana jest mechanicznie. Co więcej model ten był jednym z pierwszych, które umożliwiały kolejkowanie piosenek, co stanowiło niewątpliwy postęp. Mieliśmy okazję obsługiwać ten piękny sprzęt. Piosenki również wpisywały się w klimat tamtych czasów - The Doors, Elvis i wiele, wiele innych, których nie pamiętam lub nie znałem. Później gospodarz zaprowadził nas jeszcze nad wał zaraz za domem, pokazał łódkę i poszliśmy spać do wspomnianej szopy i samochodu.

Następnego dnia przenieśliśmy się na kemping i autobusem pojechaliśmy do miasta. Amsterdam jest miastem zdecydowanie specyficznym. Sporo przemieszanych kultur, a nawet ras, dużo turystów i widoczna na każdym kroku swoboda. Sporo akcentów nawiązujących do kultury hipisów, bezpruderyjność, dzielnica czerwonych latarń Wallen, legalizacja, to wszystko ściąga miliony turystów, a mieszkańcom pozwala czuć się w każdym miejscu jak u siebie w domu.

Zwiedzanie zaczęliśmy od jednej z osobliwości miasta. W dzielnicy Wallen stoi najstarszy kościół w mieście. Pech chciał, że jest to też dzielnica rozpusty i przed kościołem stoi statuetka prostytutki, postawiona niejako w hołdzie wszystkim pracownikom seksualnym na świecie, mająca podnosić szacunek do tego zawodu. Intensywnego zwiedzania pierwszego dnia nie było, z racji, że chcieliśmy na początek trochę odpocząć, poobijać się. Korzystaliśmy więc z całkiem ładnej pogody, pływaliśmy w słodkim morzu, pograliśmy trochę w piłkę, a ostatniego dnia podjechaliśmy na parking przy metrze i wzięliśmy się za zwiedzanie. Wiele tego nie było, bo skupiliśmy się na najważniejszych miejscach, a i pogoda nas nie rozpieszczała. Obeszliśmy stare miasto, zobaczyliśmy dom Rembrandta i Muzeum Narodowe jego imienia i wieczorem pomknęliśmy w kierunku Paryża.

Na dziś tyle. I tak zajęło mi to mnóstwo czasu.

sobota, 23 sierpnia 2008

Eurotrip cz.I

Niestety z eurotripem nie wyszło jak planowaliśmy. Nie wyszło blogowanie, bo cała reszta udała się doskonale.

W drogę ruszyliśmy, oczywiście, z opóźnieniem. Rzecz chyba nieunikniona, jeśli nikt na nas nie czeka, ani nie ucieka nam samolot. Opóźnienie wyszło nam jednak tylko na dobre, bo pod Berlin dojechaliśmy niemal równo o 6 rano - zdecydowanie za wcześnie, zwłaszcza, że była to niedziela. Na parkingu chwilę pokopaliśmy piłkę, obeszliśmy stację kolei miejskiej szukając przydatnych informacji i upewniając się, czy aby nie lepiej nam skorzystać z autobusu. Ostatecznie wybraliśmy metro. Po chwili walki z automatem (miał nawet język polski!) kupiliśmy bilet grupowy, który szczęśliwie obejmował 5 osób i pozwalał jeździć wszystkimi środkami komunikacji przez cały dzień. Rychło zaczęły się przygody.

Początkiem była refleksja, czy przypadkiem oprócz kupienia, biletu nie trzeba jeszcze skasować. Trzeba było. Na peronie, o czym dowiedzieliśmy się od współpasażerki, przy niekrytym rozbawieniu innych osób. Na następnej stacji misję skasowania naszego biletu otrzymał Sparrow. Wysiadł z pociągu, ale nie mógł znaleźć kasownika, bo oba były ulokowane na drugim końcu peronu. Obserwowałem wszystko, stojąc w drzwiach, aby maszynista nie mógł odjechać. Postój był krótki, więc Sparrow zrezygnował i wsiadł do innego wagonu, a ja pozwoliłem drzwiom się zamknąć. Ogromne było nasze zdziwienie, gdy pociąg ruszył, a my zobaczyliśmy Sparrowa biegnącego jednak do naszego wagonu. W ostatniej chwili zmienił zdanie, o czym, nie widząc go, nie mogłem wiedzieć. Przyszło nam wysiąść na następnej stacji i na niego zaczekać. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Sparrow dotarł do nas za jakieś 15 minut, a my mieliśmy z niego niezły ubaw. W końcu, po dwóch przesiadkach spowodowanych remontami, udało nam się dotrzeć do centrum.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Alexanderplatz. Sam plac nie wiem czemu polecany jest jako miejsce godne odwiedzenia, natomiast godna uwagi jest wieża telewizyjna, która jest też punktem widokowym. Z platformy położonej 200m nad ziemią mogliśmy obejrzeć (podziwianie byłoby nadużyciem) panoramę Berlina. Następnie zobaczyliśmy ruiny kościoła, o ile dobrze pamiętam franciszkanów, który powstał w XIVw., a z powodu kataklizmów czy działań ludzi, co rusz potrzebował remontów czy przebudowy. Ostatecznie skończył istnienie w czasie II wojny światowej, gdy w ruinę obróciły go naloty bombowe. Dalej poszliśmy główną aleją miasta, Unter den Linden, która zakończona jest Bramą Brandenburską. Niestety o tym, że jest to główna ulica stolicy największej potęgi w Unii Europejskiej, świadczy chyba tylko intensywny ruch samochodowy. Sama ulica różni się od innych chyba tylko szerokością. Jeśli jest inaczej, to biedni są berlińczycy ;). Brama Brandenburska też nie jest rewelacyjna. Konstrukcja dość spora, bardzo charakterystyczna, ale to chyba wszystko co może powiedzieć o niej laik. Nie wyróżnia się wielkimi walorami estetycznymi. Zaraz obok mogliśmy zobaczyć Reichstag z jego szklaną kopułą, która budziła i chyba wciąż budzi kontrowersje. Kolejnym, ostatnim już przystankiem był Potsdamerplatz z pozostałościami Muru Berlińskiego. Niestety z niedoinformowania nie zahaczyliśmy o Checkpoint Charlie.

Fragment Muru, choć to zaledwie kilka pomalowanych sprayem przęseł, pozbawionych już reszty "infrastruktury", zrobił na mnie duże wrażenie. Dopiero teraz jestem w stanie choć trochę wyobrazić sobie, w jakiś sposób poczuć, czym Mur Berliński był. Dziś, nam żyjącym w demokracji, naszemu pokoleniu, które choć w komunizmie stawiało swe pierwsze kroki i wypowiadało pierwsze słowa, naprawdę trudno jest zrozumieć, co czuli mieszkańcy Berlina Wschodniego, którym nie tylko odcięto drogę ewentualnej ucieczki, ale i oddzielono od rodzin czy przyjaciół. Tak blisko, kilkaset metrów dalej toczyło się życie z innego świata.

Wracając do przebiegu naszej wycieczki, z racji tego, że było wczesne popołudnie, postanowiliśmy jeszcze tego samego dnia dotrzeć na kemping pod Amsterdamem. Czy nam się udało czy nie i co działo się na miejscu, w następnym poście. Dziś już zbyt późno.

wtorek, 29 lipca 2008

Sorry

Ostatnio tak rzadko piszę, że chyba już nawet najwierniejsi czytelnicy (oboje ;)) przestali odwiedzać ten blog, stąd w tytule przeprosiny. Ale nie o tym ma być.

Jak niektórym wiadomo, wkrótce wybieramy się na wyprawę po Europie. Przedsięwzięcie zamierzone już co najmniej kilka miesięcy temu, jednak z realizacją czy przygotowaniami było marnie. Jak to na nas przystało wszystko trzeba zrobić na ostatnią chwilę. Mamy niecały tydzień do wyjazdu, a wciąż nie wiemy jakie miasta odwiedzamy. Nic to, wszystko wyjdzie w praniu. Ważne, że mamy do dyspozycji czerwoniutką T-czwórkę z 7 miejscami siedzącymi. Akurat dziś została przerejestrowana, zostaje tylko ubezpieczenie. Poza tym zakupy, wpaść do domu po parę rzeczy i jechać w świat, o ile uda nam się wreszcie zaplanować trasę ;) Najważniejsze cele mamy wyznaczone, więc nie ma się czym przejmować. Co najwyżej upałem i drogą ropą, ale tu akurat w sukurs przychodzi nam silna złotówka. Może uda się, zgodnie z ambitnymi założeniami, prowadzić blog z wyjazdu. Jeśli tak, postaram się poinformować o tym tutaj.

Poza wyprawą właściwie nie dzieje się nic ciekawego. Kolorowa do szczytu możliwości szarość dni w pracy, leniwe weekendy, krótki wyjazd do domu, wypad do Andrychowa. Do tego od soboty mogę szczycić się ekskluzywnym tytułem Tego Który Skończył Szóstkę Weidera. Jako jedyny z czterech śmiałków z ulicy Studenckiej :D.

Na koniec tego krótkiego i chaotycznego postu małe spostrzeżenie, jak przyciągnąć uwagę znajomych na naszej klasie. Wrzucić jakieś zdjęcie. Od czasu udostępnienia nowej funkcji w nk, mój profil odwiedziło zaledwie kilka osób. Od chwili, kiedy wrzuciłem dwie czy trzy fotki w sobotę wieczorem, odwiedziło mnie 28 osób! Strasznie ciekawscy ci ludzie :P

P.S. ScibeFire nie radzi sobie z paragrafami i wrzuca tylko BR-ki :(