wtorek, 29 lipca 2008

Sorry

Ostatnio tak rzadko piszę, że chyba już nawet najwierniejsi czytelnicy (oboje ;)) przestali odwiedzać ten blog, stąd w tytule przeprosiny. Ale nie o tym ma być.

Jak niektórym wiadomo, wkrótce wybieramy się na wyprawę po Europie. Przedsięwzięcie zamierzone już co najmniej kilka miesięcy temu, jednak z realizacją czy przygotowaniami było marnie. Jak to na nas przystało wszystko trzeba zrobić na ostatnią chwilę. Mamy niecały tydzień do wyjazdu, a wciąż nie wiemy jakie miasta odwiedzamy. Nic to, wszystko wyjdzie w praniu. Ważne, że mamy do dyspozycji czerwoniutką T-czwórkę z 7 miejscami siedzącymi. Akurat dziś została przerejestrowana, zostaje tylko ubezpieczenie. Poza tym zakupy, wpaść do domu po parę rzeczy i jechać w świat, o ile uda nam się wreszcie zaplanować trasę ;) Najważniejsze cele mamy wyznaczone, więc nie ma się czym przejmować. Co najwyżej upałem i drogą ropą, ale tu akurat w sukurs przychodzi nam silna złotówka. Może uda się, zgodnie z ambitnymi założeniami, prowadzić blog z wyjazdu. Jeśli tak, postaram się poinformować o tym tutaj.

Poza wyprawą właściwie nie dzieje się nic ciekawego. Kolorowa do szczytu możliwości szarość dni w pracy, leniwe weekendy, krótki wyjazd do domu, wypad do Andrychowa. Do tego od soboty mogę szczycić się ekskluzywnym tytułem Tego Który Skończył Szóstkę Weidera. Jako jedyny z czterech śmiałków z ulicy Studenckiej :D.

Na koniec tego krótkiego i chaotycznego postu małe spostrzeżenie, jak przyciągnąć uwagę znajomych na naszej klasie. Wrzucić jakieś zdjęcie. Od czasu udostępnienia nowej funkcji w nk, mój profil odwiedziło zaledwie kilka osób. Od chwili, kiedy wrzuciłem dwie czy trzy fotki w sobotę wieczorem, odwiedziło mnie 28 osób! Strasznie ciekawscy ci ludzie :P

P.S. ScibeFire nie radzi sobie z paragrafami i wrzuca tylko BR-ki :(

sobota, 28 czerwca 2008

Dobra, Dobra, Dobra

Jest piątkowy wieczór, a ja niemal samotnie siedzę przed komputerem, zamiast opijać zakończoną właśnie sesję (marna, bo marna, ale zawsze sesja). Fakt, że miałem wieczorem sprawę do załatwienia wiele nie zmienia, ale nie o tym miałem pisać, tylko o zeszłotygodniowym wypadzie do Wrocławia i pobliskiej Dobrej (pobliskich Dóbr?). Przyczyną wyjazdu było zaproszenie z firmy MSI na szkolenie z okazji wprowadzenia nowej serii produktów. Jak to bywa z tego typu imprezami, na samo szkolenie pewnie nikt by się nie pofatygował, więc trzeba rzucić jakąś przynętę. Tą przynętą była impreza po szkoleniu, właśnie w Zamku w Dobrej.

Zanim dotarliśmy do siedziby MSI w Bielanach pod Wrocławiem, nie obyło się bez przygód. W trasę ze względów ekonomicznych wybraliśmy się samochodem. Jak się okazało, było nie tylko taniej, ale i znacznie szybciej. Wyjeżdżając z Krakowa nie tankowaliśmy pod korek, ponieważ nie mogliśmy znaleźć właściwej stacji, na której moglibyśmy zapłacić bonami na paliwo. Dolaliśmy trochę ponad 10 litrów i z połową baku ruszyliśmy w drogę czekając na właściwą stację. Niestety przez całą długość autostrady Kraków - Katowice odpowiedniej stacji nie znaleźliśmy. Jechaliśmy więc dalej, ale po pewnym czasie opadający wskaźnik poziomu paliwa zaczął mnie niepokoić.Zwolniłem więc nieco, aby jechać bardziej ekonomicznie. Uspokajałem się tym, że na rezerwie powinno udać się najprawdopodobniej przejechać ok. 50 km, więc stację na pewno znajdziemy. I tu się nieco rozczarowaliśmy. Od momentu, kiedy zdecydowałem się zatankować gdziekolwiek, przejechaliśmy chyba z 60 km, a stacji cały czas nie było. W pewnej chwili, gdy jeszcze się tego nie spodziewałem, samochód zaczął słabnąć, trochę pokaszlał i zgasł na środku autostrady. Nie tracąc zimnej krwi zacząłem się zastanawiać, jak wybrnąć z kłopotu. Odrobinę otuchy dodała nam minięta nieco wcześniej tablica, informująca o stacji paliw za ok. 6km, wciąż było to jednak daleko. Co gorsza będąc na autostradzie nie można pójść po paliwo, nie można nikogo zatrzymać, ani pchać samochodu. Zostaje jedynie ze strasznie głupiego powodu wezwać pomoc drogową. Nie tracąc głowy zapaliłem ponownie i samochód ruszył. W chwili radości pomyślałem nawet, że wcześniej zgasł z jakiejś innej przyczyny, ale szybko zmieniłem zdanie, bo po kilkudziesięciu sekundach zaczęło dziać się to samo. Kiedy samochód zgasł po raz kolejny, wykorzystałem prędkość i silnik odpaliłem dopiero, gdy już się prawie zatrzymywaliśmy. Zabieg ten powtarzał się kilka razy, między innymi przed górką, na którą musielibyśmy wpychać samochód, na "ślimaku" przy zjeździe z autostrady, na który samochód wdrapał się ostatkiem sił, aż wreszcie przy samym skręcie na stację, gdzie w końcu udało się szczęśliwie dotrzeć i nalać do baku trochę "zupy". Co śmieszniejsze, kiedy podjechałem do dystrybutora, samochodowi tak spodobała się jazda na powietrze, że nie chciał się wyłączyć. Dopiero później dowiedziałem się, że u niego takie kaprysy są normalne.

Już bez większych przygód, poza pomyleniem kierunku we Wrocławiu, dotarliśmy do siedziby MSI, gdzie zwiedziliśmy ich serwis. Miejsce może robić wrażenie - dwie spore hale, setki komputerów serwisowych, tysiące naprawianych rzeczy i przyzwoita organizacja, jak na Azjatów przystało. Następnie kawalkadą przebrnęliśmy przez Wrocław i dotarliśmy do Dobrej, gdzie zostaliśmy zakwaterowani. Tam odbyło się mało ciekawe szkolenie, na którym musiałem mocno walczyć ze swoimi powiekami, a po przerwie na odpoczynek zaczęła się najlepsza część dnia.

Impreza była z serii "to, co studenci lubią najbardziej", czyli darmowa wyżerka, szwedzki stół z najróżniejszymi potrawami, głównie dalekowschodniej proweniencji. Do tego piwo z kija, Żywiec, który zaskoczył mnie całkiem pozytywnie i awansował nieco w mojej hierarchii złocistych trunków, oraz barman serwujący dowolne drinki. Całość pod gołym niebem, przy dymiących cały czas grillach. Dla urozmaicenia zorganizowano kilka zabaw. Na początku było to przeciąganie liny, MSI vs reszta świata, a następnie pojedynki sumo, w których brałem udział i co dziwne udało mi się pokonać znacznie cięższego Smylka.

Następną zabawą były piłkarzyki, jednak w zupełnie niestandardowej formie. Zamiast małych plastikowych ludzików, na boisku byli uczestnicy imprezy. Podczas gry trzeba trzymać się belek, działających podobnie jak w piłkarzykach na stole. Zamiast 11 zawodników, każda drużyna składała się z 5. Frajda była spora, zwłaszcza przy przewrotach wykonywanych na belce przez nas obu równocześnie. Ponadto organizatorzy zapewnili siatkę do wspinania i linę rozciągniętą między drzewami, ale nie cieszyły się one powodzeniem, co mnie z resztą wcale nie dziwi. Na kawałku chodnika, nieco na uboczu był parkiet, a gości próbować zabawiać DJ, który sam zasłużył na kilka zdań. Ostatecznie utwierdziłem się w przekonaniu, że DJ-om przewraca się w głowach. Cały czas puszczał marną muzykę, przy której ludzie nie bardzo się bawili. Jedynie nieliczne dobre piosenki przyciągały większą gromadkę ludzi, która przy następnym kawałku najczęściej rezygnowała. Na nic zdała się rozmowa z grajkiem, bo stwierdził, że on puszcza taką muzykę i już. Nie przyjmował argumentacji, że nikt nie zjawił się tam, żeby słuchać akurat jego, natomiast jego zadaniem powinno być rozruszanie zgromadzonych odpowiednią setlistą. Na takie dictum stwierdził, że ten kto go wynajął, wiedział jaką on puszcza muzykę. Spędzony mile wieczór zakończyliśmy przekąskami i ok. południa, po lekkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę, a ponieważ spieszyło nam się do Krakowa na firmowy paintball, wykręciliśmy bardzo dobry czas. Z Wrocławia do Krakowa jechaliśmy nieco ponad 2 godziny, w międzyczasie stojąc ok. 15 minut w korku w Katowicach.

Po godz. 15 byliśmy w Krakowie i bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy strzelać do siebie kulkami z farbą, co również warto opowiedzieć, ale już późna godzina, a jutro do pracy.

czwartek, 12 czerwca 2008

Polityka i obyczaje

Od czasu ostatnich wyborów parlamentarnych w polityce bardzo się uspokoiło. Ataki ze strony PiS-u traktowane są często jak szczekanie zbitego psa, a z lewicy w stronę rządu kamienie padają nieczęsto. Tym bardziej godne zauważenia są kwestie dotyczące styku polityki, prawa i obyczajów.

Pierwsza z nich, choć późniejsza, to podniesienie przez świeżo upieczonego przewodniczącego SLD Grzegorza Napieralskiego problemu krzyża wiszącego w Sejmie, a w ogólności w urzędach państwowych. Sprawa ta nie budzi niemal w nikim wątpliwości, choć stanowiska bywają zgoła przeciwne. Reakcja prawicy, a właściwie jej przedstawiciela w osobie Tadeusza Cymańskiego jest przewidywalna. Poseł mówi o walce z bogiem, "podjaraniu" atmosferą w odwiedzonej niedawno Hiszpanii. Chyba ani przez chwilę nie przechodzi mu przez myśl, że lewica ma w tym względzie sporo racji, bo skoro rozdział Kościoła i państwa, to skąd symbole religijne w najważniejszym gmachu naszego kraju. W podobnym tonie wypowiada się "prawoskrzydłowy" PO Stefan Niesiołowski, tłumacząc, że nawet w PRL komuniści akceptowali krzyże. Nie zauważa tej subtelnej różnicy, że wtedy to Kościół był prześladowany, dziś, coraz częściej jest stroną prześladującą, a przynajmniej o prześladowanie się ocierającą. W przeciwnym, co oczywiste, tonie wypowiada się Joanna Senyszyn. Przypomina, że Sojusz stoi na takim stanowisku od lat i obiecuje, że Napieralski do tej sprawy wróci. Moje stanowisko dla osób, które mnie znają, lub miały okazję czytać, jest chyba oczywiste. Nie widzę powodu, dla którego w instytucjach świeckiego państwa, które powinno traktować wszystkie religie na równi, ma pojawiać się symbol religijny tylko jednej z nich, choćby najliczniejszej. Nijak się ma to do demokracji, która choć jest władzą większości, to traktować powinna wszystkich równo.

Kolejnym przykładem chorej sytuacji, jaka panuje tam, gdzie swoje macki wpycha Kościół, jest zgwałcona 14-latka, której lekarz nie chciał usunąć ciąży, choć ma do tego prawo, a do tego sprowadził księdza. Afera zrobiła się głośna, dziewczynę wożą od Annasza do Kajfasza, a ciąży nadal nikt nie chce usunąć. W międzyczasie ustawił się za nią rządek "obrońców życia", którzy wywierają na nią presję i podobno opublikowali jej dane, łącznie z numerem telefonu. Nie wiem jak trzeba być, nie boję się użyć tego słowa, tępym, żeby zmuszać, czy choćby zachęcać 14-letnią dziewczynę do macierzyństwa. Kiedy chodzi o seks przedmałżeński, nastolatkom takim tłumaczy się, że ich organizm nie jest gotowy na urodzenie dziecka, więc aby nie ryzykować, nie powinny uprawiać seksu. Piękna dwulicowość, ale czego więcej się spodziewać po ludziach, którzy wmawiają innym, że bóg stworzył Świat niemal dotknięciem różdżki, a w XIII wieku Polskę zamieszkiwały dinozaury. W taki sposób przestrzega się u nas aborcyjnego "kompromisu". Sprawa Alicji Tysiąc okazała się żadną nauką.

Ostatnią i chyba najśmieszniejszą tego typu sprawą jest niedawny hałas wokół Janusza Palikota. Szczytem była obietnica b. wiceministra Mirosława Orzechowskiego, który miał zamiar donieść do prokuratury na okoliczność obrazy uczuć religijnych, za krytykę w kierunku Tadeusza Rydzyka. Jak widać kapłan za życia stał się obiektem kultu religijnego.

Jak widać, chociaż zmieniła się ekipa przy władzy, niby wciąż zbliżamy się do Zachodu, to katolicy wciąż mają przekonanie o swoich specjalnych prawach, a wszystkie inne religie traktowane są jak sekty.

środa, 11 czerwca 2008

WIGwam

Ponad 2 lata temu, zachęcony świetnymi wynikami funduszy inwestycyjnych, sam postanowiłem włożyć w nie nieco pieniędzy. Wyszedłem z pozornie słusznego założenia, że specjaliści od inwestowania nie zmarnują moich pieniędzy. Moment zakupu jednostek wybrałem niezbyt szczęśliwy, bo w okolicy lokalnego maksimum, ale inwestycja przez długie miesiące okazywała się udaną. Po pewnym czasie postanowiłem swoje aktywa jeszcze powiększyć, patrząc na giełdowe Eldorado. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że decyzja ta była zła. Co gorsza popełniłem dwa ogromne błędy, które nigdy więcej mi się nie przytrafią. Nie analizowałem giełdowych indeksów codziennie i, wierząc w rychłe odbicie, nie umorzyłem swoich jednostek uczestnictwa, kiedy był na to czas.

Dziś, dysponując nieco większą wiedzą, a przede wszystkim przykrym doświadczeniem, nie daję się już tak łatwo wystrychnąć na dudka. Na giełdzie, jak nigdzie indziej, sprawdza się powiedzenie, że nadzieja matką głupich. Nawet jeśli nie słuchać analityków, którzy też popełniają błędy, nie wolno pozostawać głuchym na najprostsze argumenty. Ślepa wiara w siłę polskiej gospodarki, a tym bardziej w to, że prędzej czy później doprowadzi ona do odbicia indeksów, jest równie naiwna, co wszelkie religijne wierzenia. Giełda tej wielkości jest nie tylko podatna na negatywne sygnały płynące z rynku, ale najzwyklej pada ofiarą potężnych inwestorów zagranicznych, nawet jeśli ci nie mają wobec niej złych zamiarów. Tym bardziej efektywnym narzędziem staje się choćby najprostsza analiza techniczna. Bezwzględnie opierając się na kilku podstawowych formacjach czy wskaźnikach, duże straty można było zamienić na zysk.

Obecnie nie czuję się już przywiązany do produktów TFI, nie waham się ani chwili w podjęciu decyzji, co okazało się właśnie na początku tygodnia ze wszech miar słuszne. Teraz zamierzam zaryzykować nieco gotówki i zmierzyć się z handlem akcjami, z tym jednak trzeba zaczekać, aż WIG osiągnie kolejne w ostatnich kilku miesiącach dno. Gra własnymi pieniędzmi będzie doskonałym impulsem, aby zagłębić się nieco w tajniki giełdy, od analizy technicznej zaczynając, ale, mam nadzieję, na niej nie kończąc. Póki co udało mi się na podstawie skromnej wiedzy sprawnie zareagować na książkową sytuację, jaką pokazał nam indeks giełdowy, ale wcześniej wciąż optymistyczne podejście nie pozwoliło mi uwierzyć w to, co wynikało z racjonalnych analiz. A oszczędziłbym na tym trochę grosza. To z jednej strony przelało swoistą czarę goryczy, a z drugiej przekonało mnie o nie do końca zrozumiałej siły analizy technicznej. O swoich przyszłych decyzjach dotyczących handlu akcjami, postaram się na bieżąco pisać. Póki co jest już za późno i kompozycja nawet tego postu pozostawia wiele do życzenia.

środa, 21 maja 2008

Flying high

Dwa sprzyjające czynniki, chwila wolnego czasu przed snem i ciekawy temat, spowodowały, że postanowiłem popełnić przynajmniej krótki wpis. Tematem tym są wydarzenia minionego weekendu, w szczególności soboty. Dzięki dobrym wynikom sprzedaży naszej firmy, mogłem pojechać do Kalisza na fundowaną przez Toshibę imprezę, której głównym punktem były skoki spadochronowe.

Rzeczona impreza rozpoczęła się w piątek wieczorem. Ok. 17 dotarłem na obskurny kaliski dworzec kolejowy i ze swym nieśmiertelnym plecakiem ruszyłem w kierunku hotelu. Pechowo dworzec jest położony wyjątkowo daleko od centrum, zwłaszcza jak na tej wielkości miasto. Po półgodzinnym marszu odnalazłem hotel, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg i po chwili odpoczynku ruszyłem zwiedzić kawałek miasta, które nota bene bywa uważane za najstarsze w Polsce, jednak nie ma na to solidnych dowodów.

Choć starsza część miasta zrobiła na mnie dobre pierwsze wrażenie, a dwa kanały, którymi płynie Prosna, dają bardzo ciekawy efekt, położony niedaleko Rynek okazał się rozczarowaniem. Rozczarowaniem dużym na tyle, że nawet nie zrobiłem tam żadnych zdjęć. Powierzchnia placu to mniej więcej ćwierć powierzchni rynku Krakowskiego, w dodatku w znacznej części zajęta przez ratusz. Budynek ten, choć dość ładny, trudno traktować w kategoriach zabytku, gdyż został zbudowany w latach 20. XX w., na miejscu dwóch poprzednich, z których pierwszy został zburzony przez zaborcę, a drugi po nieco ponad 30 latach istnienia został zburzony podczas działań wojennych. Poza tym z płyty Rynku straszy opuszczony postument, być może zajmowany kiedyś przez pamiątkę po naszych przyjaciołach ze wschodu. Oprócz tego znaleźć tam można jeszcze ogródki piwne i nieliczne stoiska kwiaciarek, na wzór tych krakowskich. Kamienice wokół rynku nie sprawiają dobrego wrażenia. Choć nie straszą starym szarym tynkiem, to ich fasady nie są już pierwszej młodości, a w ich wnętrzach nie ma nic co interesowałoby turystów. Knajpki są dość nieliczne, a pojawiają się nawet firmy zajmujące się zupełnie "nieturystyczną" działalnością. Być może Kalisz nie stawia tak intensywnie na turystykę.

Zniechęcony centralnym punktem miasta postanowiłem zwiedzić jego okolice. Jak to bywa w Polsce, jedynymi budynkami wartymi uwagi były kościoły. Niestety we wszystkich do których trafiłem były akurat msze, więc tylko z odległości przyjrzałem się ołtarzom, które choć zadbane i dość mocno zdobione, nie zasługują na specjalną atencję. Nie dotarłem do chyba najważniejszego tam Sanktuarium św. Józefa, gdyż z odległości zobaczyłem, że tam również odbywa się msza. Warto zaznaczyć tutaj, że było to piątkowe popołudnie.

Po małej meksykańskiej przekąsce wróciłem do hotelu, skąd zaraz wyruszyliśmy do Michałkowa, gdzie mieści się lotnisko ostrowskiego aeroklubu. Ugoszczono nas tam obfitą kolacją i darmowym piwem i wprowadzono w program następnego dnia. Mieliśmy okazję posłuchać co nieco o skokach spadochronowych, zadać pytania i obejrzeć nieco filmów z takich skoków, jakie nas czekały. Około północy wsiedliśmy do autokaru i wróciliśmy do Kalisza.

Następnego dnia po śniadaniu, ok. 9 ruszyliśmy znów do Michałkowa. Zgodnie z wcześniejszym podziałem na grupy zostaliśmy przydzieleni do różnych atrakcji i tak na początek trafiłem na paintball. Zabawa była dość udana, choć moja drużyna przegrała rywalizację. Minusem była plansza, po prostu kawałek lasu, w dodatku z dość nierównym rozkładem, więc któraś drużyna zawsze miała przewagę. Pozytywnie natomiast zaskoczył mnie zasięg markerów. Po grze przyszła pora na gwóźdź programu, czyli skok na spadochronie. Skok oczywiście nie był wykonywany samodzielnie. Wszyscy skakali w tandemie z pilotem, który odpowiadał za bezpieczeństwo i panowanie nad spadochronem. Przed wejściem na pokład samolotu chyba wszystkim udzielały się dość silne emocje, strachu nie wyłączając, jednak kiedy znalazłem się już w maszynie powoli przestawałem się denerwować. Być może była to też zasługa przyjemnej atmosfery wprowadzanej przez pilotów i kamerzystów. Po kilkuminutowym locie, przebiciu się przez warstwę rzadkich chmur i osiągnięciu pułapu 4000m przyszła pora na opuszczenie stalowego ptaka.

Mi przyszło skakać jako pierwszemu. Przede mną na bok samolotu wydostała się operatorka kamery, a w ślad za nią w drzwiach usiadłem ja i pilot do którego byłem przypięty odpowiednią uprzężą. Po krótkiej chwili znalazłem się w powietrzu. Chwila dezorientacji, pilot wypuszcza niewielki hamulec, abyśmy nie wyprzedzili kamery i ok. 50 sekund swobodnego lotu brzuchem w dół z prędkością ok. 200 km/h. Wrażenie jest naprawdę ogromne, nieco fascynujące czy podniecające. Pęd powietrza utrudnia oddychanie i dba o odpowiednią fryzurę. Podczas lotu można chwycić za rękę operatora kamery, za sprawą pilota można wykręcić kilka "bączków", czy po prostu pomachać na różne sposoby rękami, czując na nich prędkość i opór powietrza. Po otwarciu spadochronu, czeka jeszcze kilka minut opadania, w trakcie których można na trochę przejąć linki sterujące i polecieć tam, gdzie mamy ochotę. Przed lądowaniem ponownie przejmuje je pilot i bezpiecznie sprowadza pasażera na ziemię.

Jeszcze nie opadły we mnie emocje po locie, a już wysłano mnie na przelot samolotem zapoznawczym Koliber. Atrakcja już mniej emocjonująca, choć wygląd samolotu i wielkość jego silnika mogą lekko przerażać. Ma się wrażenie, że śmigło może w każdej chwili stanąć, albo się urwać. Samolotem można było nawet trochę posterować, jednak pilot szybko powstrzymywał zbyt agresywne manewry.

Po wylądowaniu na trawiastym lotnisku, na którym dobrze czuć wszystkie nierówności, przyszła pora na lot motolotnią. Kask na głowie, wysokość do 300m i prędkość 90 km/h. Do tego dość silne bujanie i podziwianie okolicy po raz kolejny. Po skoku na spadochronie pozostałe atrakcje wypadały już dość blado.

Po serii lotów przyszedł czas na przejażdżkę bezdrożami w samochodzie terenowym. Tutaj też obyło się bez rewelacji, choć i tak było zabawnie, głównie dzięki kierowcy na którego trafiłem i który dość sporo opowiadał o swojej pasji. Po drodze kilka samochodów zapadało się w błocie i nie obyło się bez pomocy pozostałych. Miałem nawet okazję poprowadzić Suzuki Samuraja, na którego pokładzie się znalazłem, jednak było to już po właściwym off-roadzie.

Na zakończenie zaplanowana była wielka bitwa paintballowa, jednak niewiele osób się na nią skusiło i została z tego tylko niewielka potyczka, w której odniosłem kilka ran postrzałowych, między innymi w brzuch, po której do dziś mam ślad i w tył głowy. Pomimo gorąca i poobijanych kolan i tak warto było.

To był koniec aktywności zaplanowanych na ten dzień i pojechaliśmy do hotelu, gdzie wszyscy wzięli zbawienny prysznic i po 2 godzinach odpoczynku, znów pojechaliśmy na lotnisko, gdzie ugoszczono nas obficie potrawami z grilla, piwem i innymi trunkami. Mieliśmy też okazję obejrzeć filmy z naszych lotów w stanie surowym. Niestety towarzystwo nie sprzyjało zbyt intensywnej zabawie i nieco po północy wróciliśmy do Kalisza. Zostało tylko piwko na Rynku, śniadanie w hotelu (w towarzystwie Myslovitza) i sześciogodzinna podróż do Krakowa.

Cały weekend należy uznać do bardzo udanych, a tak intensywnie spędzonego dnia jak ta sobota nie miałem chyba nigdy i pewnie nieprędko będę miał. Jeśli dodać do tego fakt, że wszystko było za darmo, zostaje krzyknąć "żyć, nie umierać!"